Manna Manna Niespodziewanna!

Sensacyja! Wyciekły fragmęty powieści Przemysława Bułhakowa; „Dagon i Małgorzata”! 😉

Prolog

Stary pociągnął spory łyk mocnego slavińskiego miodu, beknął przeciągle, zmrużył oczy z zadowoleniem i pogładził się po długiej siwej brodzie, która wraz z tłustymi włosami opadała mu na brzuch. Był już na poły pijany, na poły zmęczony. Drażnił go gwar, smród spoconych ciał oraz odór niestrawionego alkoholu. Miał już dość tych okropnych piratów  – rabusiów z którymi przebywał. Jednakże od dawna nikt nie chciał słuchać jego historii. Stary był, brzydki, pomarszczony a odór z zepsutych zębów przepełniał obrzydzeniem interlokutorów. Ci barbarzyńcy, najgroźniejsi piraci w znanym świecie przyjęli go jednak jak brata. Imponował im; swoją wiedzą i obyczajami. Przygodami, które przeżył, a widział nie mało. Byli trochę jak dzieci. Niby groźni na pozór, ale wrażliwi na historię i opowieści starego. A stary z niejednego pieca chleb jadł i niejedno widział. Powiadali, że przyjaźnił się z samym Erykiem Rudym, ale to było tak dawno, że najstarsi skaldowie nie pamiętali.

Podczas gdy stary przeżuwał spleśniały chleb , oraz wspomnienia, podeszła do niego dziewczyna. Kibić miała kształtną, włosy długie, w loki skręcone, opadały aż do bioder. Oczy miała zielone, jasne, kocie. Przyklęknęła przy starym i rzekła:

– Opowiedzże nam historię stary! Tę, cotoście opowiadali na dworze króla słowiańskiego!

Stary spoważniał. Poważna była to opowieść. Zmyślona, ale tak z rozmysłem; powiadali, że za opowieść tej legendy śmiercią karali. Staremu opowiedział ją stary kupiec który gościł na dworze króla; Lhen –ibn Arr go zwali.

Jak do tego doszło, że wyjawił sekret swego ludu? BO zaprzyjaźnił się ze starym i postanowił mu wyjawić największy sekret. Skąpy i Chiwy był ale chciał się odwdzięczyć jakoś.

Dziwna była to opowieść. O wygnanym bogu i o tym jak się w śmiertelniczce zakochał.

O bogu i krajach nie znanych pod północnym niebem. Była to powieść tajemnicza i mroczna jak oczy kupca który ją staremu bajdurzył. Oczy, jak węgle, niespotykane pod północnym niebem. Rzadko kiedy ją opowiadał. Nie miał teraz ochoty na bajanie. Najchętniej odepchnąłby dziewkę gniewnie, ale wszak była córką samego Jarla. A Jarl był postrachem wśród rozbójników. Bali się go wszyscy. Nawet Ragnar Magnusson, który osiemset dziewek zgwałcił. Tylko stary go się nie bał. Potrafił spojrzeć takim przenikliwym spojrzeniem, ciężkim jak młot Thora  i ostrym jak miecz Odyna. Największym osiłkom Jarlowej drużyny wypadały wtedy z ręki miecze i topory.

Kiedy tak stary łamał się w sobie bo ochoty na bajanie nie miał, sam Jarl podszedł do niego. Też już pijany był, brodę sklejoną miał słodkim winem. Odgarnął włosy z czoła nachylił się do starego i rzekł:

– No niedajże się prosić! Jak Bolejsława raczyłeś gadką, tak nam opowiedz tę bajdurę!

– Ano… – rzekł po chwili stary – jak sam Jarl prosi…

– Świnia to się prosi! – zarechotał Jarl, a w raz z nim współbiesiadnicy. Gromki rechot pijanych wikingów rozległ się po sali. Stary też się zaśmiał. Co prawda świni nie jadał, uważając je za istoty plugawe i nieczyste. W ogóle mało jadał. A to chleba trochę skubnął, a to bobu. Pił za to za dziesięciu i chyba dzięki temu żył jako. Powiadali, że to z pijackiego widu owe historie wymyślał. Dopiero jak mu sam król Słowian Bolejsław się pokłonił i na dworze swym ugościł prawie jak równego sobie, to zdanie zmienili. A chrobry to był król! Chrobrego serca, jak woje z jego drużyny mawiali.

Stary długo się namyślał. Poukładać bajdurę musiał. Co by początek, środek czyli istotę miała i zakończenie jako takie. A zakończenie było dla wikingów najważniejsze. Musiało odwoływać się do ich życia, wskazówki im dawać jak czynić. Ot, jak dzieci, mawiał stary.

Rozsiadł się wygodnie o garniec Jomsborskiego żytniego piwa poprosił i zaczął opowiadać…

A było to tak…

Dagon

Dawne to były czasy;  bez historii, bez państw. Dzieje bez dziejów. Pradzieje dziejów, kiedy to żadna dziejawa się nie działa bo dziać się nie mogła. Słońce już świeciło, wody w rzekach płynęły, a ludzie umierali i rodzili się nowi. Oj dawno to było. Powiadają że tak dawno, że najstarsi wikingowie nie pamiętają. Działo się to w krajach pustynnych, gdzie tak gorąco było, że za wodę złotem płacili.

– Jak to złotem za wodę?

– Być nie może!

– Zamknijże ryj wikingu i słuchaj!

Stary się żachnął; nie lubił jak mu przerywano. Zauważyli że wytrąciło go to z równowagi; a widzieć starego przy bajaniu trza było! Źrenice mu do góry podchodziły, białka same widać było, krwią nabrzmiałe, żyły na szyi puchły. W jakowyś trans wpadał; głos jego jakby z wnętrzności dobiegał stłumiony, cichy, śpiewny…

W owym czasie umarłe dusze szły pod sąd trzech bogów, co to w Mordorze umarłymi rządzili: Miszeru, Nargala i Dagona. Wielcy jak głazy, twardzi jak bruk to byli bogowie. Surowi, ale sprawiedliwi. O Miszeru najmniej wiedziano; Nargal powiadali ryczał piskliwym głosem jak trąby powietrzne. Dagon to było zaś bóstwo nad bóstwy! Wysoki na dwa metry, umięśniony, włosy długie siwe lekko; broda siwa długa, w warkocz spleciona sięgała mu do pasa. Dagon więził siódemkę upadłych plejad gwiezdnych. Zamknął ich i niewolił.

– Potrzebni mi Bendą ,mawiał, ale po co, na co, nie wiedział. Przeczuwał że do czegoś na pewno.

I tak to trwało, lata, wieki prawie całe. Ludzie się rodzili komunikowali łączyli w grupy, grupy w klany, klany we wioski. Pobudowali miasta potworzyli państwa. Z pewnym zaskoczeniem szli pod sąd Dagona Miszeru i Nargala

Razu pewnego zmówili się Nargal z Miszeru i w zamian za okup wypuścili plejady. Te zatwardziałymi serca ich uczyniły że wygnali Dagona na pustynie. Błąkał się tedy Dagon po pustyni; sześćset sześćdziesiąt sześć lat się błąkał. To szmat czasu. Umrzeć nie mógł bo był nieśmiertelny, ale odczuwał: i ból i spiekotę i głód i samotność…

I tęsknotę…

Po co? Na co mi to że jestem nieśmiertelny? Błąkam się już tu wieki całe, nawet nie policzę ile tego już zliczę.

Lecz wygnańcem był Dagon; odrzutkiem przez swojców. Naszejstwo wszechwyższe i wszechnajogarniajające go wydaliło z rejestru: bogów bogiń i innych istot pomniejszych aczkolwiek nadprzyrodzonych.

I taki był w zawieszeniu: umrzeć chciał a nie mógł, a żyć nie chciał a jakoś wegetował.

Jakoś; na boga, dla boga – co to za wegetacja? Stagnacja… nie boska to, ta boska tragedia ta, o boże! Lecz daj boże, dla boga, że to skończyć się może, w morzu chociażby!

Onego dnia; bo zawsze ów ony dzień nastąpi, następuje. Nie z tych posępnych mrocznych, ale tkliwy jakoś; poszedł był Dagon, bo ruszył się w końcu, aby ruszyć się w końcu; był to już ten czas, czas ony; wiedział że następuje, czuł to mimo wszystko swą wydaloną w zawieszeniu boskością. I ujrzał ją wtedy – tę, tą; istotę. Jeszcze nie wiedział że to kobieta, jeszcze nie wiedział, że to dziewczyna – bo choć nazywał rzeczy po imieniu, to pojęć nie umiał – ot paradoks. A piękna była to istota…

Cionk dalży nastompi! 😉

Reklamy

One response to “Manna Manna Niespodziewanna!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s