Dagon i Małgorzata III

Margaryta skończyła 15 lat. Ponieważ jej ojciec był królem dość sporego Królestwa, przeto postanowił sutą wieczerze odprawić. Stoły wielkie budować nakazał, białymi obrusami nakryć; wojów do puszczy wysłać kazał, aby zwierza jakiego, na ucztę ubili. Mężowie zrazu niechętnie, bo ospali byli, ale w końcu chcąc nie chcąc ochoczo na ten pomysł przystali. Niewiastom wielkie kołacze piec kazał, aby ku uciesze podniebienia służyły, ale nie tylko; dawnym zwyczajem żerca modły, przy kołaczu Dadźbogowi poświęconym, miał czynić, aby Margierycie przychylność bogów zaskarbić. Król Margiel, sceptycznie do żerców podchodził. Uważał, że mamią ludzi, nieróbstwem się trudnią, a za swoje bajdurzenia i gusła- jak mawiał- tylko zapłaty żądają; a bogowie przecież i tak zamierzenia człowiecze na wskroś pojmują. Nie chciał jednak swady ze świątkami, a i pospólstwo burzyłoby się, że uświęcone tradycje i rytuały przodków zmienia.

Gdy już przygotowania skończono, do Margaryty się udał, by obaczyć, jak też ją dziewki przysposobiły. Umiłowana ta córa – najstarsza z ośmiorga dzieci – była jego dzieckiem z pierwszego małżeństwa. Niestety, pierwsza jego żona umarła była przy porodzie; nie obwiniał Córy za to, a przeciwnie, jeszcze bardziej umiłował, bo mu ją przypominała jako żywą. Wszedł do izby, gdzie dziewki stroić Margerytę już kończyły. Oniemiał. Piękna była, ale teraz jaśniała w całej krasie. I tak mu jego własną żonę przypominała, że łza wielka, po jego marsowym policzku się stoczyła i na jego gęstej, miejscami już siwej brodzie utknęła. Bo też i dobre serce miał Król Margiel; jednak uważany był za twardego i bezwzględnego; w boju, we władaniu mieczem czy toporem, równych mu nie było; jadł za dziesięciu, pił za dwunastu, a głowę miał przy tym mocną jak stal. Choć surowy i bezwzględny, sprawiedliwy był, a więc mirem wśród wojów, a szacunkiem, nawet u wrogów był darzony. Nic dziwnego, że dowodził grupką piratów wolińskich, z którymi aż za wielką wodę, do Waregów północnych, się zapuszczał. Jarlem Wenlandii, ci go przezywali. Ale o jego drugiej naturze wiedzieli tylko nieliczni, którzy mu byli kamratami na całe życie.

Wyszedł z izby, trzasnąwszy drzwiami, aby tej chwili słabości, poddani nie zauważyli. Szedł przed siebie; minąwszy  bramę i most zwodzony, skręcił na gościniec, następnie w dróżkę polną do lasu, aby powietrza zaczerpnąć w kniei. Tam umysł mu jaśniał, spokój wewnętrzny wracał. Zapach lasu, balsamiczny, działał na niego kojąco. Lubił patrzeć, jak dzięcioł puka w drzewo; śmiał się, że przy tym go głowa nie rozboli. Lubił w drzewa się wpatrywać, dostrzegał przy tym, że las żyje. Tym bardziej się obawiał, że las kmiecie karczują coraz mocniej, chałupy stawiają, pól więcej z roku na rok przybywa…

-ech!- powiedział do siebie- Nowe idzie, a nam, capom starym już do Walhalli, na ucztę wieczną Odyna ruszać trzeba!

Wtem poczuł, że czyjaś ręka spoczęła na jego ramieniu. Wzdrygnął się odruchowo, za miecz chwycił, ale po zapachu macierzanki, Margietkę swą rozpoznał.

– Omal żem cię mieczem nie rozpłatał!

– Ojcze!- rzekła po chwili, wpatrując się pod stópki swe młodzieńcze, małe, ale zgrabne, zadbane jak u dziewek słowiańskich, obyczaj nakazywał- znowu myślałeś o mamie?

Uśmiechnął się do siebie…

-Bystra jesteś! Ty jedna znasz mnie takiego jakim jestem naprawdę!

-Ojcze!- uśmiechnęła się filuternie- przede mną nic ukryć nie zdołasz!

Margaryta była skromną niewiastą. Była na etapie, kiedy dojrzały już pąk, rozwiera swój kielich i chciwie łapie krople rosy i daje się pieścić promieniom słońca, aby osiągnąć pełnie i dojrzałość. Ale miała w oczach- tych kocich oczach!- dzikość jaką, ogień. Wzrostu była słusznego, do ramion sięgała Królowi, stopy tak małe, że w dłoń się mieściły, łydka jędrna, zdrowa, jak u młodej łani, kibić zgrabna, apetyczna, pierś już ukształtowana, pełna, ale jeszcze mimo wszystko jak u dziecka; skóra biała jak mleko młodej kozy, delikatna jak najdelikatniejsza tkanina; na smukłej szyi, jak u łabędzia, osadzona była prześliczna twarzyczka, usta lekko różowe, pełne, lekko rozchylone i wyzywające, oprawa oczu ciemna, a oczy kocie, dzikie, nieokiełznane. Cała była smukła jak topola, gibka i jędrna.   A humor jej, i zawsze roześmiana buźka, najtwardszego mruka potrafiła rozbroić!

-Trza nam do grodu ruszać, nie warto paniki siać, wszak dziś twe święto, córko umiłowana.

-Dobrze ojcze- rzekła Margeryta i wtuliła się w szeroką pierś ojca.

Zdobił ją dziwny naszyjnik, który Margiel od czarnego żercy, zza odry otrzymał. Dziwny był to wizerunek, ale respekt wzbudzał. Drzewo pionowe, w ¾ długości od dołu, poziomą belką przedzielone, a na nim mąż nagi,  w tunikę, miejscu wstydliwym okryty, przypięty za nogi i ręce był. Sam symbol, prastary znak słońca, czyli Swarożyca, Swarzycą zwany, przypominał, co od piastuna swego, dzieckiem będąwszy posłyszał. Ów świątek też modły do symbolu czynił, chleb i wino spożywał, mówiąc, że to ciało i krew, na co Król Margiel z ubawieniem onegdaj spoglądał. Generalnie, na plemię świątków wszelkich, pogardliwie spoglądał, lecz pogardy swej nie okazywał, a do czarnego rzekł kiedyś:

– My w swoje bogi,  a wy w swoje wierzcie! Przeca  krzywdy tym nikomu nie czynimy! A chodź mowę masz pokraczną to i jadłem oraz miodem ugościm, a i dziewkę ci najdziemy, co by lędźwie twe, krągłościami popieściła!- co usłyszawszy czarny żerca pokraśniał jak Swarożyc o zachodzie i wtedy od Margiela i ciżby uciekł, wesołość wszystkim czyniąc nie małą!

Zastanawiał Króla jednak, ów mąż, który do drewna był przypięty… nurtowało go kto mu tak okrutną śmierć zgotował…

-Kto mu takie męki zadał? Jakież to plemię żmijowe, mogło człeka, na tak okrutne męki wydać? Tosz nawet germańce, psie syny, tak Luda nie męczą!- Myślał tedy…

Opamiętał się w porę, bo odpowiedzi i tak by nie znalazł, a poza tym do grodziska się zbliżali – stolicy Królestwa. Bo też wielkie bogactwo grodu, widocznym było, snadź, że gospodarz był zaradny i że dobrze grodem zarządza, prawie i sprawiedliwie! Mieszkańcom żyło się dostatnio i bezpiecznie; załoga grodu skromna, ale w bojach zaprawiona; i z jomswikingami i germanami. Powiadali, że sam Radomir u Wenedów czas jakiś służył. Radomir, przyjaciel Margiela od lat, największym był mu kompanem i jemu to król dowodzić załogą kazał. Okoliczni władycy, respekt przed grodzianami czuli. Gadali, że może i Margiel, obodrzyckie plemiona zjednoczy i na germanów poprowadzi.

Zbliżali się tedy do grodu.

Na dziedzińcu tłum już się zebrałbył. Stary żerca, Wołosław- od Welesa, któremu usługiwał był najsampierw przezwan- przy kołaczu stanął, prastarym zwyczajem z kołacza kawał ukroił i za siebie rzucił, skrzatom, lichom leśnym, mamunom i topielcom, aby się nie były naprzykrzały. Ostatni, najdłuższy rytuał, Swarogowi miał być poświęcony, w którego opiekę grodzianie niniej się oddali. Takoż jedli, pili, używali, zabawa była przednia. Dziewki pląsać zaczęły, rozpalono wielkie ognisko; młodziki, aby się niewiastom przypodobać, przez ognisko skakali. Płomienie wznosiły się wysoko, a iskry sypały się w noc czarną, do gwiazd.

Margiel chmurny był. Wspomnienia, jak mary, miotały nim coraz więcej. Bo przecież, tak łacno nie zapomnisz, tych chwil przeżytych! Jak możesz żałować, zapomnieć, że kochałeś? Tak po prostu przeciąć jak mieczem, te chwile, te jedyne, bliskie, tylko z tą jedną, jedyną? Co miał rzec? Żałuje, że ją znałem? Żałuję, że kochałem? Tosz to durne, samego siebie okłamywać, siebie samego się wyrzekać! Co było to było! Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było! A jest jak jest, a jest dobrze, więc jak tak, to tak! Uśmiechnął się do siebie samego, że mu tak łacno humor wrócił!

Reklamy

One response to “Dagon i Małgorzata III

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s