Na I niedzielę Adwentu

Roraty!
Adwent!
Ile refleksji płodnych zdolne jest obudzić ten jeden wyraz –
w mózgu, w którym tłucze się ból…
Co roku dzisiejszej niedzieli kładzie nam Kościół przed oczy fiolet swych szat liturgicznych – i budzi dawno zastygłe żale. Ból dawno zamarłych tęsknot. Co roku w tym okresie wita wschód słońca zawodzeń pełnych głosem, echem starozakonnych wołań:
„Spuście nam na ziemskie niwy
Niebiosa Zbawcę z rosą” –
I każe dźwigać się u ufać raz jeszcze i – czekać. Wciąż tylko czekać i nie ustawać w oczekiwaniu.
Po co to? Po co szarpać zabliźniające się tęsknoty niezniszczalnych pragnień? Po co nam, narodowi bitemu jak pies przez dzieje, przypominać, że jest czas oczekiwań, które się kończą spełnieniem.
Roraty – Adwent …
A jednak jest czekanie, które jest błogosławieństwem.
Adwent znaczy przecież pamięć dni, w których naród wielki a pobity wielokrotnie, naród skuty kajdanami położenia i obezwładniony warunkami zewnętrznymi, przerastającymi jego możliwości polityczne – nie pozwolił się rozłożyć psychicznie – tylko trwał – i uparcie czekał. Czekał, aż nadejdzie ten, co mocą wyższą od materii i jej potęg przerastać pocznie nieprzyjaciół wrogość – i wyzwoli jako zbawca lud swój.
Adwent historyczny to pamięć dni, w których z jednym narodem i poprzez naród jeden ludzkość cała, pogrążona w jakimś fatalizmie metafizycznego zła, gubiąca się w świecie moralnych impasów przeklinających całe jej dzieje – nie poddawała się biernej niemocy, ale sięgała wyżej siebie. Wołała nieb i mocy pozagwiezdnych. Wyglądała i wołała: Rorate!
Spuście nam!
Czy dziś aż tak wiele się zmieniło w dziejach ludzkości i w tragizmie jej losu żeby aż odmienić trzeba było nutę?
Gdyby nikt z nas niczego nigdy nie czekał, zatęsknieniem nie wyglądał, gdyby wszelki umysł ludzki żył bez bólu za kimś czy za czymś, co mu jest jak dusza własnej duszy – możnaby Kościołowi wypominać jego upodobania starozakonne. Ale tak – po co się okłamywać?
Każdy z nas przecież czegoś czeka. Wszyscy jakiejś rzeczywistości wyglądamy. Adwent – czas oczekiwania to zjawisko tal bardzo człowiecze, tak bardzo ludzkie, zjawisko tak normalne, tak bardzo jednostkowe i zarazem tak bardzo – narodowe.
Jest czekanie, które jest błogosławieństwem.
Lecz w jego zapleczach czai się czekanie, które jest przekleństwem.
I tym czekaniem czeka dusza nasza. Dusza – polska.
I jak wielu tłumaczy sobie jej wyczekiwanie tym czekaniem powszechnym, którym całą ludzkość czeka.
I to jest grobem naszej odbudowy moralnej. Naszej w konsekwencji wielkości dziejowej.
Bo czekanie duszy polskiej ma coś specyficznie negatywnego w sobie. Jest zasadniczym błędem połowy naszych dziejów.
Na co właściwe czeka dusza polska? Względnie, na kogo? Albo dlaczego wciąż tylko czeka? Dlaczego wciąż na niej spełniają się te beznadziejności pełne słowa Norwida: „… jak Słowianin, co czeka samego siebie?”
Klątwa dziejów takie czekanie. Żeby czekać aż samego siebie!
Co za niemoc wyjścia z własnego bezwładu!
A pazurami szarpać mękę własnej słabości. Obuchem w mur czekań – a codzienną wolą stwarzać gmach dziejów. Gmach narodowego „morale”.
To przecież celem jest czekań Słowianina. Na to całą Słowiańszczyzna czeka.
Rozszerzam i rozdalam przemocą punkt i krąg swego wiedzenia. Dźwigam się wyżej egoistycznego szowinizmu i usiłuję ogarnąć w pełni rozległą dal słowiańskich ziem i wszystkość ich dziejów – niby lotem ptaka…
Jak to boli widzieć rozbitą tę jedyną na świecie ziemię „słowa”. Ciężarem ciąży świadomość, iż znowu zalewa się krwią, wciąż bratnią krwią, ta bezustannie wygrywana matka swych ziemic. I jak potwornie pohańbione w okręgu ziemi wszystko, co w niej było święte ….
A ona wciąż tylko czekająca … Wiekami całymi wyglądająca …
Kogo?!
Władztwo jej chwytają inni. Dobra jej rozgrabiają wrogowie. Ducha jej synów i cór plugawią i niszczą szatany świata. A ona wciąż tylko czeka.
Czemu jeszcze nie umiem widzieć za twarzami niby swoich i pobratymców snującej się postaci najwyraźniej obcych? Czemu kamienuję zawsze tylko rząd i rządy, które powinny być nietykalne, a całuję stopy zapleczom rządów?
Czy tak musi być? Czemu wróg ma zawsze być silniejszy od swego? Czy dlatego, że on podlejszy, ja mam być słabszy w dobrym?
Lat tysiąc temu obudził się na ziemi słowiańskiej mąż i syn jej krwi, który zestrzelił w swej piersi wszystkie tęsknoty jej ziem i czynem dziejowym je wyzwolił. Nadał czekaniu wyraz i kształt dotykalny. Uczynił rzeczywistością, co było tęsknotą i wołaniem.
Czy to, co raz się stało nie może się powtórzyć?
„Roaret coeli! … Spuście nam niebiosy
Wiarę w tę przyszłość, której nasze oczy
Prawie, że dostrzec nie mogą w zamroczy
Mgły, spadającej na zgnębione losy”
Kasprowicz
Dusza słowiańska jeszcze się nie obudziła do pełnego życia dziejowego. Dusza polska jeszcze się nie zawiązała centralnie w niej. Obie jeszcze tkwią w wielkim letargu dziejowym i jeszcze wciąż im rzucają w twarz ironii pełne słowa: Slavus – sclavus!
Roraty! Spuście nam ziemskie niwy – na niwę polskich dusz i polskiej myśli, na niwę polskiej woli dziejowej – Niebiosa rosę dokonanego czynu dziejowego.
Roraty!
Adwent!
Spuście nam!

….

Dwa olbrzymie prądy miotają jakby naprzemian współczesną ludzkością: indywidualizm i totalizm. W ich śmiertelnym zapasie, w jego olbrzymich współcześnie konwulsjach, szarpie i wije się ludzkość cała. I również czeka….

Reklamy

3 responses to “Na I niedzielę Adwentu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s