Na dzień 9 grudnia

Około połowy ubiegłego dwudziestolecia Polski Wskrzeszonej ukazała się drukiem „Pamiętnik Polskiego Pilota”. Składały się nań zapiski młodego, dwudziestoletniego Antosia Scheur`a, pilota – instruktora ze szkoły pilotażu w Bydgoszczy.
A. Scheur sam spadł dnia 28 września 1920 roku podczas egzaminacyjnego lotu szkolnego w samolocie prowadzonym przez jednego z uczni. Był to chmurny i wietrzny dzień. Rozbił się opodal placu ćwiczebnego i wkrótce po kraksie zakończył swoje życie.
Jego „Pamiętnik” – szkoda, że w wydaniu drugim opuszczono piękny wstęp poprzedzający wydanie pierwsze – miał się wcale nie ukazać. Stanowi bowiem rodzaj „dziennika” własnej duszy. Dziennika duszy, pisanego nie dla obcych, lecz dla siebie tylko. Notował w nim refleksje i reakcje wewnętrznego człowieka. Wszystko to, co nurtowało jego najgłębsze tajnie. Wydarzenia zaś zewnętrzne rejestrował mimochodem jedynie. Tyle, ile zdołały dotknąć i poruszyć człowieka wewnętrznego w nim. To też długo się wahano z wydaniem go na użytek publiczny.
Kiedy się dzisiaj przerzuca stronice tego dziennika, kiedy się je czyta spojrzeniem wewnętrznym, poczyna się rysować i przewijać przed oczyma, przedziwny obraz stawania się jednostkowej duszy. Niedostępny zewnętrznemu obserwatorowi komplet przeżyć psychicznych w całej swej barwnej rozmaitości, w wielkiej hierarchii swego stawania się, swej rozmaitości, w wielkiej hierarchii swego stawania się, swej kolejności, swego wewnętrznego wzrastania, dojrzewania, doskonalenia się coraz to zupełniejszego – tu znajduje konkretny wyraz i kształt czegoś namacalnego.
Stosunek do samego siebie, do przyrzeczeń sobie dawanych i do zadań sobie stawianych, wierność własnym zasadom i własnym przekonaniom, powolne, stopniowe, ale z okresu na okres dojrzalsze orientowanie się we własnym środowisku, w postępowaniu z ludźmi i ze światem otaczającym, przestawanie na co dzień z innymi, przestawanie z kolegami z podchorążówki, obcowanie z nimi w czasie ćwiczebnym i w czasie wolnym, w czasie towarzyskich wywczasów i w czasie oficjalnych wystąpień, stosunek również do kobiet i koleżanek, przyjaciół i przyjaciółek, stosunek do spraw sercowych i zagadnień biologicznych, stosunek wreszcie do matki i przełożonych, do konkretnych postaci historycznych, do przyszłych prac i zamierzeń – wszystko to jak w wielkim kalejdoskopie przesuwa się w obrazach chwytanych na gorąco poprzez kartki tego dziennika w formie już do notatek codziennych, już to cotygodniowych, albo wręcz okazyjnych tylko – w zależności od dnia, warunków, woli, a nawet chwilowego usposobienia Antoniego.
Jeżeli rozkoszą jest móc przystawać w pobliżu dźwigającego się olbrzymiego gmachu, by zdumionym wzrokiem łowić linie kształtów wyłaniających się dojrzale wokół surowych rusztowań, jeżeli rozkoszą jest przystanąć koło płócien malarskich i w zachwycie śledzić pierwsze kontury mającego powstać wyrazu sztuki, jeżeli rozkoszą jest podziwiać potężny prąd społeczny, nurtujący organizm własnego lub obcego narodu, który im nadaje znamię i piętno – „postać” dziejową – to rozkoszą szczególniejszą jest śledzić proces stawań się i ustalań niewidocznego wnętrza jakiejś jednostki ludzkiej, widzieć, jak zaczyna od zera umiejętności wewnętrznej, jak poczyna stawać pierwsze kroki w tej dziedzinie, dostrzegać jak potem raz po raz, mimo najsilniejszych postanowień, przerywa swe poczynania wskutek normalnej u każdego z nas niewytrzymałości i opieszałości, widzieć tę rwącą się wewnętrzną nić i przekonać się, jak mimo to uparcie wznawiany wciąż wysiłek wciąż na nowo ją podwiązuje, jak co pewien czas ją spina i natężeniem woli zdwaja, jak ostatecznie skutek zamierzony osiąga. Rozkoszą rozkoszy jest dostrzec, jak w końcu z tych rozstrzelonych niejako we wszystkie kierunki wysiłków, z tych zahaczających o coraz to inne słabostki duszy trudów i prac nad sobą – wyłania się wreszcie jakiś mniej więcej jednolity „kształt” jednostki, jakaś jej „postać” duchowa, jej człowiek wewnętrzny, człowiek scalony i cały, jak się wyłania w końcu postać, która – w zestawieniu z bezpostaciowością, jaką przedstawia swoim wnętrzem człowiek wewnętrznie nierozbudzony, rozbity lub niebyły – okazuje całą nieśmiertelną potęgę, swego uroku i właściwą wartość swej istoty.
Na piersi wydobytego z kraksy lotniczej Antoniego Scheur`a znaleziono kartkę następującej treści:
„Dnia 28 września 1920 roku. Zawsze mam serce czyste. Zawsze mam myśli czyste. Jestem wesoły. Jestem pogodny. Jestem pełen życia, młodości, radości. Idę śmiało, lekko, starając się uosobić dzielność, odwagę, spokój, szczerość, prostotę i naturalność. Dla każdego mam życzliwość, staram się wywołać uśmiech u ludzi ponurych, smutnych rozweselić, rozpraszać ciężką atmosferę. Mam dużo przyjaciół, wszyscy mi się wywnętrzają. Mam dużo przyjaciółek, którymi się opiekuję, daję im rady, uspokajam i strzegę od złego”.
Taki był ostatni zarys jego postaci wewnętrznej, pisany tuż przed kraksą.
Zastanowię się nad treścią tych słów i będę usiłować dojrzeć poprzez nie wewnętrzny „kształt” Antoniego Scheur`a. To był na swój wiek, na swoją miarę człowiek jednolity, człowiek wielkiej wewnętrznej harmonii, człowiek „całości”. Człowiek i Polak o wewnętrznej formie, o wewnętrznym, że się tak wyrazić, fasonie. Człowiek imponujący kształtem i postacią, ale widzianą duchem i wykuwaną władzami ducha.
Przyjrzę się w świetle padającym od tej postaci kształtowi, który posiada mój wewnętrzny człowiek.
Czy już posiadam swą „postać wewnętrzną”? Czy może wciąż tylko jeszcze jestem bezkształtną masą? Karykaturą swego właściwego kształtu?

Jestem centrum – którego całość – jest częścią.
Rozpatrzywszy zagadnienie centrum w sobie, zwrócę w tym tygodniu szczególniejszą uwagę na samego siebie, jako na „całość”.
„Jestem całością” – to znaczy, mam nie być jedynie zlepem części, mam nie być sumą tylko swych składowych, ale mam nadto posiadać swą formę, swą postać, mam z potencjału swych możliwości dobyć „kształt”, kształt, któryby był moim wyrazem, moją własną, przeze mnie rzeźbioną i stylizowaną twarzą wewnętrzną, moim zasadniczym personalnym rysem i charakterem.
To dobywanie wewnętrznego kształtu z możliwości własnego potencjału biologiczno – humanistycznego ma być podstawowym zadaniem mego życia. Tyle bo dam Ojczyźnie swej wyrazu i kształtu, ile go posiadać będę sam. Mogę nie chcieć wyrazu dla siebie, mogę nie chcieć podjąć się trudu, by go sobie nadać, ale tym samym się wykreślam z liczby ludzi posiadających wyraz i staje się w pewnym znaczeniu zawadą wszelkiego społecznego wyrazu. Człowiek bowiem bez wyrazu wnosi w społeczeństwo jedynie bezwyraz, bezbarwę i bezkształt. Wszystek zaś bezkształt tworzy wskutek nieopanowania go przez „formę” coraz bardziej rozpadającą się masę i rozbija formujące się inne kształty. Zwłaszcza społeczny. Bo najtrudniejszy do nadania.
Człowiek bezwyrazisty i bezpostaciowy przedstawia samym sobą wartość jedynie sumy i zlepu, jedynie aglomeratu pewnej ilości mniej lub więcej trzymających się razem składowych. Cała wartość humanistyczna, którą nagromadził w sobie, to nie wyraz i kształt, ale liczba i jak gdyby przysypująca się po pustej przestrzeni wielość współczynników, której nie umiał nadać kształtu, której ilość i podsumowanie uważał za właściwy kształt i za właściwą postać całości – jak gdyby liczba i ilość dźwięków wybijana na klawiszach pianina, ich wielka masa, przedstawiała i dawała już samą z siebie melodię.
Cóż bardziej nas zachwyca dziś jeszcze po latach tyluset nad kształt posągu greckiego, kształt greckiej linii, kształt i ocios greckiej postaci. Tajemnicą tych postaci jest, iż każdy ich kształt zewnętrzny jest odpowiednikiem wyrazu wewnętrznego, iż cały ten blask zewnętrzny jest odblaskiem kształtującej się i ukształtowanej całości wewnętrznej, iż każda część w nich pochodzi z całości, jako jej wyraz, i ku niej zmierza jako ku swemu wypełnieniu.
Cnota „nie jest pustym dźwiękiem” – cnota jest wyrazem! Wyrazem wewnętrznym bohatera kształtującym jego zewnętrze.
I o ten wyraz całościowy jednostki toczy się jej walka życiowa.
„Człowiek cały” (Żeromski) oto właściwy ideał gatunku homo! Człowiek całości! Cały i całkowity, to znaczy, któremu „nihil humani alienum”, który obejmuje całe swoje człowieczeństwo, ze wszystkimi jego pozytywami, by je uwydatnić i ze wszystkimi jego negatywami, by z ich żywiołu wyjść zwycięski i ukształtowany. Człowiek całości – to znaczy nie rozbity, nie rozkawałkowany, ale właśnie całość w sobie niosący, całość w sobie kształtujący a nie wyłącznie częściowość, nie ułamkowość. I tak w człowieku w pełni ukształtowanym, czyli doskonałym, serce ma rozwijać domenę swych uczuć, snując ich wątek z całości swych władz poznawczo – pożądawczych, a nie z uczucia tylko, rozum ma się wywodzić z całości, nie z abstrakcji jedynie, wola ma decydować na podstawie całości, nie z czystego tylko dynamizmu i chęci działania.
Zapatrzę się w swój wewnętrzny kształt. Postaram się dojrzeć i dopatrzeć się jego konturów i zarysów. Czy widać już w nim pierwsze rysy niekłamanej doskonałości? Czy wszystko w nim jest jeszcze raczej zblazowanym bohomazem? Czy się już kształtuje jakiś masyw pod posąg wieczności? Czy wszystko wciąż jeszcze jest jedynie szarym manekinem?

Śpiewaj z radości, niepłodna, któraś nie rodziła, wybuchnij weselem i wykrzykuj, któraś nie doznała bólów porodu! Bo liczniejsi są synowie porzuconej niż synowie mającej męża, mówi Pan. Rozszerz przestrzeń twego namiotu, rozciągnij płótna twego , nie krępuj się, wydłuż twe sznury, wbij mocno twe paliki! Bo się rozprzestrzenisz na prawo i lewo, twoje potomstwo posiądzie narody oraz zaludni opuszczone miasta. Nie lękaj się, bo już się nie zawstydzisz, nie wstydź się, bo już nie doznasz pohańbienia. Raczej zapomnisz o wstydzie twej młodości. I nie wspomnisz już hańby twego wdowieństwa. Bo małżonkiem twoim jest twój Stworzyciel, któremu na imię – Pan Zastępów; Odkupicielem twoim – Święty Izraela, nazywają Go Bogiem całej ziemi. O nieszczęśliwa, wichrami smagana, niepocieszona! Oto Ja osadzę twoje kamienie na malachicie i fundamenty twoje na szafirach. Uczynię blanki twych murów z rubinów, bramy twoje z górskiego kryształu, a z drogich kamieni – cały obwód twych murów. Wszyscy twoi synowie będą uczniami Pana, wielka będzie szczęśliwość twych dzieci. Będziesz mocno osadzona na sprawiedliwości. Daleka bądź od trwogi, bo nie masz się czego obawiać, i od przestrachu, bo nie ma on przystępu do ciebie. Wszelka broń ukuta na ciebie będzie bezskuteczna. Potępisz wszelki język, który się zmierzy z tobą w sądzie. Takie będzie dziedzictwo sług Pana i nagroda ich słuszna ode Mnie – wyrocznia Pana.
Izajasza 54; 1 – 5, 11 – 14, 17.

Reklamy

One response to “Na dzień 9 grudnia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s