Na dzień 13 grudnia

Głębie duszy – któż odgadnął waszą wielkość i niedocieczony szlak stawań się? Kto wyczytał w pełni wasz ból i tajemną runę jego wyzwolin.
Gdyby chcieć napisać książkę o „Małgorzacie” – takimby ją właśnie mottem zagaić należało – nie innym. Mottem, które sławi nie bohatera wstępującego na zwycięski Olimp odniesionych nad wrogiem zewnętrznym triumfów, ale wielkość poczętą w bólu, dojrzewającą w bólu i gigantyczną poprzez wielkość własnych wnętrz zwycięską.
Kim była Małgorzata?
Gdyby powiedzieć, że była dwudziestokilkuletnią studentką Politechniki Warszawskiej i że nie było odcinka życia społecznego, na którymby nie mó1)iono głośno o niej – byłoby to za mało. A gdyby powiedzieć  – jak to czyniły dziewczęta z konspiracji – że po prostu „naszą świętą” – możeby to było za dużo. Na pewno była jedną z najcudniejszych postaci kobiecych ostatniej doby. Na pewno.
Cenił i czcił ją nawet przeciwnik polityczny – dla wyrazistości przekonań i szlachetności ideałów. Kochał ją  – kto wstąpił w krąg zespołów i bliższego otoczenia. Imponowała – bez imponowania – wszystkim.
I nie to było wielkim w niej, że umiała pójść na „akcję” sabota żując depczącą nas nutę germańską, tak jak chłopiec by szedł, bez trwogi i czynu pełna. Nie to było wielkim w niej, że ścigana, tropiona, a nawet przechwytywana, umiała mu się wymknąć i wydrzeć opłotkami, nocami i brawurami – bo takich niewiast było tysiące w stolicy i w kraju. Ani to było w niej wielkim, że sama nie mając co jeść i nie mając gdzie spać, sama ukrywając się w lokalach niejednokrotnie już „spalonych” i znanym tropicielom – myślała nie tyle o sobie, ile o drugich, otaczając ich bezgraniczną wprost pieczołowitością jak matka – bo wszystkie organizacje podziemne takie właśnie posiadały łączniczki, takimi żyły i takimi jedynie stały. Ani nie można za wielkość jej właściwą poczytać tak charakterystycznego dla niej epizodu, kiedy to w zimny, grudniowy dzień, w godzinach dobrze już popołudniowych, w ubraniu jak zwykle wiatrem podszytym, zapytana o to czy już zjadła śniadanie, stanęła na pół się uśmiechająca, na pół zakłopotana i dopiero pod presją silnych nalegań odpowiedziała: Nie. A potem jakby chcąc wytłumaczyć się z winy dodała: jeszcze dziś nie byłam u Komunii św. – bo niejedną taką duszę posiadała Polska.
Wielkim było w niej to, że umiała te wszystkie sprawy w sobie godzić. Tak harmonijnie i tak po prostu, tak całkiem naturalnie godzić. Tak harmonijnie i tak po prostu, tak całkiem naturalnie godzić i pogodzić. Że zdołała połączyć w sobie te trzy zda się nie do połączenia – zwłaszcza w kobiecie – rezczy: głębie i system myślowy, aktywizm życia politycznego i przenikającą wszystko nawskroś rozumną religijność.
Że umiała pozostać tam przy tym wszystkim cała kobietą, cała sercem, cała płonąca uczuciem i cała czynem, cała poświęceniem.
Gdyby właśnie nie ów niedocieczony szlak jej stawań się.
Gdyby nie przeznaczenie, rola jej i funkcje byłyby obok dzieł Zyberk – Platerówny, Puzynianki i Mościckiej. Gdyby doczekała była czasów pokojowych, byłaby stanęła na gruncie Warszawy kobietą – filozofem, tak jak jej wielka poprzedniczka działająca sto lat temu na tym samym terenie.
Właściwą maksymę jej życia, maksymę o której realizację walczyła bezustannie, możnaby ująć w tym jednym wyrazie: walka o „kształt”. Walka o kształt wszystkiego czego się miała tknąć i czemu się miała oddać. Walka nasamprzód o kształt wewnętrzny w samej sobie. Potem walka o kształt i wyraz psychiczny młodego pokolenia polskiego. Wreszcie walka o kształt dziejowy dla Polski, jako całości. Gdziekolwiek była, obojętne czy to niesiona świętym szaleństwem czynu konspiracyjnego, czy też tętniącym i zalewającym wszystkie dziedziny życia społecznego przedwojennym Ruchem Młodych, czy nawet jeszcze dorastając w zaciszu rodzinnym – wszędzie szukała kształtu, była głodna kształtu i kształt chciała nadać. Była głodem kształtu i kształtem chciała być. Była obdarzona jakimś dziwnym darem wyczuwania właściwego kształtu, odgadywała problemy  i brakujące im kształty i szła je wypełniać, szła budzić  ich świadomość, szła nakłaniać wolę do krzesania tych kształtów w sobie i drugich.
Głębie duszy! Przedziwne drogi wielkości! Kto wyczytał wasz ból i tajemną runę waszych wyzwolin –
I właśnie ona – ta co walczyła o kształt – właśnie ona – Małgorzata – była jakby chaosem bezkształtu.
Na Małgorzacie spoczywała klątwa obarczenia dziedzicznego!
Jej głąb wewnętrzną nazwaćby można jednem piekłem, jednym buntem, jednym bółem. Stanowiła najdzikszy niejako kontrast tego wszystkiego, co zwiemy harmonią, postacią i kształtem w człowieku.
Nie wiedziała co to spokój i uciszenie spoczywających ukojnie wnętrz. Wiedziała tylko co to szarpanie się z demonizmem własnej duszy. Wiedziała tylko co to kłębowisko najpotworniejszych wnętrznych szaleństw, o których nikt nie mógł wiedzieć. Cała jej walka wewnętrzna, cały jej trud poniesiony około własnego kształtu; to była ciągłość zmagającego się heroizmu niedostrzegalnego dla widza z zewnątrz i nieuznawanego przez otoczenie, heroizmu wydobywającego się ostatnim wysiłkiem wyczerpanej do reszty woli z pod przytłaczającego brzemienia obłędnych sił atawistycznych.
Weszła z tym obarczaniem w życie od młodości swojej.
Że nie umiała sobie z tym radzić, że nie umiała tego wypowiedzieć nikomu – któż się temu dziwi. Jedno co umiała, to szarpać się z klątwą w sobie, to nie poddawać się jej, to walczyć z nią aż do ostatka.
Więc się szarpała. Gwałtem chciała psychę w sobie zdusić. Udawało się – ale nie na długą metę. Życie okazało się silniejsze od zadanego gwałtu.
Po takich klęskach – gdy przemoc woli musiała ulec prawu własnej psychiki – następował okres depresji. Już nie mogę dłużej – mawiała. Chyba trzeba będzie kres położyć wszystkiemu. – Ileż to razy myśl taka jej błysnęła.
O wielkości nieznanych nikomu walk, dławionych potwornych krzyków wewnętrznych i miażdżonych ostatnim strzępem woli opętujących mózg wulkanów obłędu.
Tak. Płonna była ta walka, ale gigantycznie płodna.
Gwałtem chciała dokazać czego gwałt żaden gwałtem dokazać nie może. A zrodziła współczesnemu pokoleniu prawzór jak można nawet najpotworniejsze męki własnych wnętrz przetrzymać, jak można nawet z piekłem w sobie iść i działać.
Ona, typ psychiki na wskroś nowoczesnej, psychiki obarczonej bez miary, nierozumiejącej samej siebie i walczącej ze sobą jak z mechanizmem.
Ona – ze współczesnych sobie – mogła w pełni przetrawestować i do siebie, do sileń się własnego ducha rodzącego w sobie bohaterski kształt osobisty dostosować słowa „Genezis z ducha”, w których Słowacki odgadując na swój sposób wiekuistość prawdy o „pracującym w nas duchu” woła:
„O! Duchu mój, w bezkształcie więc twojego pierwszego związku była już myśl i czucie. Myślą przemyśliwałeś o formach nowych, czuciem i ogniem miłości rozpalony prosiłeś o nie Stwórcy i Ojca twojego, a coś zdobył nimi w pierwszych dniach stworzenia, tego ci Pan już nie odebrał; lecz uciskiem i boleścią do tworzenia lepszych form zmusił twoją naturę i większą siłę z ciebie twórczą wywołał”.
„Z takich to prac wiekowych, o Duchu mój, z takich zwycięstw nad bezładem i burzą – jest pierwszy wieniec twój i pierwsza twoja u Boga zasługa. Nie zapomniał Pan o dziełach twoich – owszem uszanował je i formy stworzone przez ciebie zachowuje, nie pozwalając nadal żadnej w nich uczynić poprawy. Pieczęć trwałości swojej położył na zapisanej przez ciebie księdze…”
Wyzwoliła Małgorzatę z jej wewnętrznych piekieł dopiero śmierć. Bohaterska „śmierć człowieka z lasu”. Przed nią raniony kulą padł ppor. „Piorun”, dowódca. Podbiegła z ratunkiem. „Poddać się!” – zawyła zgraja SS – manowskiego Jagdkommando. Chwyciła za sten, który wypadł z rąk rannego – i oddała serię strzałów. Taką miała odpowiedź. I tylko taką…
Zwłoki jej – z właściwym sobie bestialstwem – wrzucił geniusz Narodu niemieckiego w rozkład kloaczny schroniska „Polskiego Tow. Turystycznego” nad jeziorem Serny. Aby miara goryczy wypełniła się po brzeg. Aby kształt doskonały ukończonego ducha aż po grań ostatnią wszelkiej wyrazistości odcinał się od bezkształtu porzuconego jak zbędny już łach ciała.
I tylko puszcza augustowska na chwilę wstrzymała wiekuistą pieśń swych poszumów – i zadrżała ciszą bezsłowej zgrozy.
I tylko liść pożółkły – z jak przedziwnym pośpiechem – opadł szeleszcząc – niby wielka lasu łza – na jej niepłakany bezgrób.
O wielkości ludzkich wnętrz.
Zastanowię się nad psychiką – głównie własną – ale i najbliższych swoich. Jesteśmy potomkami pokoleń o niekoniecznie małym wkładzie atawizmu.
Ile poddaje się obarczeniom? Ile szarpię się jeszcze? Ile wchodzę już na drogę, na którą również Małgorzata weszła w ostatnim okresie swego życia, na drogę środkową między tymi dwiema krańcowościami, na drogę właściwą, na drogę wielkiego wewnętrznego uspakajania własnej psychiki, organicznego nawiązywania chwili uciszenia, rozwiązywania i rozładowywania napięć, a nie gromadzenia czy też zaduszania ich, na drogę, o której zwykła była mawiać: to mnie uwolniło od samej siebie.

Światopogląd indywidualizmu prowadzi do koncepcji mechanistycznej świata. Każe podchodzić do wszystkiego jak do mechanizmu, traktuje wszystko jak maszynę, nakłada wszystkiemu prawa wielkiej maszynerii. Nie widzi niczego we wszechświecie poza nieprzeliczoną sumą części, poza liczbą i liczeniem się z liczbą. W medycynie, w pedagogice, w nauce, a nawet w sztuce samej, poza teramy wychodzi. Zapomina o jednym. O pełni i jak gdyby życiu, które swój proces toczą zarówno we wnętrzu poszczególnych jestestw, jak też w obrębie całego świata.
Światopogląd uniwersalistyczny widzi we wszystkim poza liczbą i sumą jeszcze zasadę kształtującą, widzi powodowany przez nią proces wewnętrzny jestestw, widzi poza podobieństwem strukturalnym, które maszyna ma wspólne z naturą, czynnik różniący i dzielący wszystkość stworzeń na naturę i nie – naturę, na jej twór i na twór sztuczny, i z tą naturą się liczy we wszystkim, nawet na szczytach sztuki sztuk wszelakich, w całym swoim postępowaniu z jednostką i społeczeństwem, w całej swej technice i kulturze.
ON to czyni tak prosto – mówi w jednym ze swych dzieł Rabinadrath Tagore. My kiedy chcemy rozchylić i otworzyć młodej róży pąk – zadajemy jej zawsze gwałt. Zawsze siłą tylko, zawsze mocą i przemocą odginamy, oddzielamy i odrywamy płatek za płatkiem i liść za liściem. Łamiemy i gniemy, zniekształcamy i niszczymy świeżość, kształt i kolor i wszystko, co w kwiecie jest kwiatem i wdajemy się sobie samym wielkimi i pyszniącymi się z dokonanego dzieła. My – nie umiemy inaczej. My!
A ON to czyni tak prosto. Jednym pocałowaniem swych promieni słonecznych dotyka uśpionych kielichów – i oto rozczulają się w wonnym rozkwicie, w wiośnianej pełni, w blaskach i barwach, którym się jeszcze oko ludzkie nie oparło. ON to czyni tak prosto.
Oto w obrazie podana różnica między koncepcją mechanistyczno – indywidualistyczną, a organiczno względnie kosmiczno – uniwersalistyczną. Zawiera się w niej zarówno różnica istoty, jak też różnica podejścia. Zarówno różnica nastawienia, jak i różnica wykonania.
Każda wielka właściwa całość w przyrodzie – a człowiek jest również cząstką przyrody – jest dokonywującym się, względnie dokonanym procesem wewnętrznym jestestwa. Procesem – nie martwą ilością materii podaną pod obróbkę. Jest procesem ściśle określonego rozczłonowywania się i uczłonkowania poszczególnej całości, nie zaś procesem sztucznego zestawiania i jakoby zlepu przypakowo przez wicher czasoprzestrzeni naniesionych jej części. Wszelkie zaś sztuczne zestawianie jest jedynie imitacją natury. Całość każda jest dokonaniem się pewnego wewnętrznego rozwoju, pewnego od wewnątrz postępującego układania i uskładniania się współrzędnych całości, uskładniania się jej współczynników i współskładników. Jest procesem członowania się, to znaczy rozwijania się pierwotnej masy substancjalnej w zróżniczkowania wielokrotnych części – członków, których zróżnicowaność scala się w harmonię całości.
Dla urobienia sobie własnego, wewnętrznego kształtu, dla skrystalizowania samego siebie i wielości swych części w jednolity, harmonijny, wewnętrzny zrąb postaciowy – ta zasada jest ogromnej wagi. Nie stworzy z samego siebie doskonałej całości, kto doniosłość tego procesu przeoczył. Nie wypowie w pełni możliwości własnego potencjału, kto gwałt zada tej zasadzie i zechce ją zastąpić zmechanizowaniem w procesie uprawy wewnętrznej.
Przymus jest również jednym z współczynników w procesie stawania się jednostki. Nikt temu nie przeczy. Aktualizowanie własnego potencjału czynnikami działającymi całkowicie od zewnątrz jest koniecznością. Ale tak jak bat nigdy nie zastąpi funkcji płuc czy serca, tak zewnętrzna uprawa człowieka, choćby w myśl najnowocześniejszej techniki prowadzona, nigdy nie zastąpi budowania na jego uprzedniości i podwalinach, nie zastąpi nawiązywania doń   i uzupełnienia uprawą zewnętrzną tego, co w nim zapoczątkowane od początku.
Natura gwałtu sobie zadać nie pozwoli w swych prawach – i wszelki gwałt im zadany mści się na jego gwałcicielu.
Kto z talentu abstrakcyjno – matematycznego chce uczynić gwałtem gorejącego uczuciem wieszcza narodu, kto z kobiety chce uczynić mężczyznę i „zmienić płeć”, kto z żywym temperamentem chce postępować jak z kłodą i martwym drewnem, kto chce naprawić jednostkę i jej wnętrze tak jak się naprawia robota i jego mechanizm – ten zawsze chybi.
Trzeba zawsze rozwijać to, co jakkolwiek pozytywnie i fundamentalnie już jest w danej jednostce założone. Trzeba rozwijać kobietę w kobiecie, a mężczyznę w mężczyźnie, a nie na odwrót. Trzeba rąbać drzewo a temperament temperować, nie rąbać. Trzeba w robotach widzieć maszynę, nie – nadczłowieka, względnie nadczłowieczą wartość. Zaś w jednostce upatrywać maszynę lub robota – to zabójstwo jednostki.
Gwałt jest jedynie środkiem na zło!
Gwałtem trzeba i można ujarzmiać zło – w sobie i w drugich, i to oznacza owo sławne Tomasza a`Kempis „tyle tylko postąisz, ile gwałtu sobie zadasz”, ale więcej nie.
I tyle tylko wolno wyczytać w mickiewiczowskim:
„Gwałt niech się gwałtem odciska.
A ze słabością łamać uczmy się za młodu”.
Gwałt dobra nie stworzy – chyba in obliquo – ubocznie i pośrednio. Gwałtem można zabić – stwarzać nie.
Cała wielka twórczość, cały gigantyzm wielkopomnych dzieł – to trudy, to wysilanie się nad siły, to ogrom cierpienia i mąk i bólów rodaczych. Można nawet powiedzieć, że to gwałt zadany wszystkiemu, co niższe w człowieku, co się sprzeciwia jego wzlotom wzwyż, co geniuszowi kładzie diadem na czole – ale sam ów proces wewnętrzny, dzięki któremu wielkość się staje samoczynnie, ono przemożne parcie podmiotu wewnętrznego, który dokonywuje dzieła mimo wszystkie potęgi mu się sprzeciwiające – to nie jest negatyw gwałtu jedynie, to jest pozytyw funkcji, to jest stawanie się i wzrost i rozrost, to jest harmonizowanie wielości w jedność, to jest narastanie i scalanie coraz to nowych członów, bogactw – wartości, części – jestestw, to jest właśnie rozczłonkowywanie się nabrzmiewającego olbrzymio od niewypowiedzianej treści potencjału w coraz to bogatszy w częścioczłonny kształt, to jest właśnie proces wszechstronnego „uczłonkowania się”; dokonywujący się wewnątrz poszczególnych jestestw i wypełniający w ostatniej swej fazie wszystką możliwość ich potencjału, aż do zharmonizowania wszystkiego w wewnętrznym dosycie całości.
„Całość jest procesem członowania”

Niewiastę dzielną któż znajdzie?
Jej wartość przewyższa perły.
Serce małżonka jej ufa,
na zyskach mu nie zbywa;
nie czyni mu źle, ale dobrze
przez wszystkie dni jego życia.
O len się stara i wełnę,
pracuje starannie rękami.
 Podobnie jak okręt kupiecki
żywność sprowadza z daleka.
Wstaje, gdy jeszcze jest noc,
i żywność rozdziela domowi,
<a obowiązki – swym dziewczętom>.
Myśli o roli – kupuje ją:
z zarobku swych rąk zasadza winnicę.
Przepasuje mocą swe biodra,
umacnia swoje ramiona.
Już widzi pożytek z swej pracy:
Jej lampa wśród nocy nie gaśnie.
Wyciąga ręce po kądziel,
jej palce chwytają wrzeciono.
Otwiera dłoń ubogiemu,
do nędzarza wyciąga swe ręce.
Dla domu nie boi się śniegu,
bo cały dom odziany na lata,
sporządza sobie okrycia,
jej szaty z bisioru i z purpury.
W bramie jej mąż szanowany,
gdy wśród starszyzny kraju zasiądzie.
Płótno wyrabia, sprzedaje,
pasy dostarcza kupcowi.
Strojem jej siła i godność,
do dnia przyszłego się śmieje.
Otwiera usta z mądrością,
na języku jej miłe nauki.
Bada bieg spraw domowych,
nie jada chleba lenistwa.
Powstają synowie, by szczęście jej uznać,
i mąż, ażeby ją sławić:
«Wiele niewiast pilnie pracuje,
lecz ty przewyższasz je wszystkie».
Kłamliwy wdzięk i marne jest piękno:
chwalić należy niewiastę, co boi się Pana.
Z owocu jej rąk jej dajcie,
niech w bramie chwalą jej czyny.
[ Prz. 31; 10 – 31 ]

Reklamy

One response to “Na dzień 13 grudnia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s