Na dzień 23 grudnia

Jan Zamoyski – kanclerz i hetman koronny w jednej osobie – jest bezsprzecznie jedną z największych postaci naszych dziejów. Nie wdając się w bliższą ocenę dyskutowanych mniej lub więcej pociągnięć politycznych tego kanclerza, jak to czyni świat nauki, uderza miłośników dziejów w tym człowieku niezaprzeczalna troska o wszystko co polskie – o polski świat nauki, o polski obyczaj, o znaczenie Polski w Europie, o Polski wielkość gospodarczą, o Polski miejsce w dziejach ludzkości. Był jej synem, obywatelem i żołnierzem – słowem i czynem. Nie było blichtru w nim i nie było blagi. Co czynił, czynił serio. Nie oszczędzał drugich, ale i nie oszczędzał samego siebie.

Tych, co choćby powierzchownie tylko zagłębiają się w stronice jego żywota, zastanawia rys, który nam, zwłaszcza dzisiaj, wydaje się osobliwym i który mu niejednego już przysporzył wroga wśród wielbicieli naszych dziejów: mianowicie dziwnie gorliwe ujmowanie się za katolicyzmem.

Wiadomo powszechnie, że jego wiek i czasy, w których żył, były czasami walk i wojen religijnych. Jednostka wyniesiona na stanowisko społeczne nie mogła zająć pozycji obojętnej w dziedzinie religijnej. Musiała się opowiedzieć za lub przeciw. Nie mogła głosić, jak to dzisiaj powszechnie w użyciu, że religia jest „sprawą prywatną”. Religia jak wszystko na świecie – i wiek Zamoyskiego dobrze to widział – była również sprawą społeczną. A religijność albo antyreligijność były dlań zjawiskiem zaciągającym na życiu społecznym jak rodzaj rabunku dokonanego na mieniu wspólnym, lub jak obojętność okazana na dokonywujący się rabunek czegoś, co było co najmniej narodowe. Negatywny albo wręcz wrogi stosunek do religii wydawał się tamtym czasom jako szarpnięcie się na świętość,  na coś naprawdę nadjednostkowego względnie jak karygodna pobłażliwość okazywana takim poczynaniom.

Postawa taka wiele tłumaczy. Nie daje jednak wystarczającej odpowiedzi na pytanie, Czemu Zamoyski w sporze walk religijnych był właśnie katolikiem, czemu normą katolicyzmu się kierował sterując nawą państwa, czemu jego interesy specyficznie uwzględniał i obliczał w poszczególnych pociągnięciach politycznych.

Nie tu miejsce dać odpowiedź na zawiłe dla historyków, a co dopiero dla laika, poruszone tymi pytaniami zagadnienie. Płodny to temat dla wyodrębnionego studium.

Za to zastanowić nas winien szczegół wzięty z jego życia, a związany z tymi zagadnieniami jak najściślej. Szczegół mało znany. Szczegół rzadko kiedy podkreślany, a przecież tak wymowny i tak wiele tłumaczący.

Zamoyski był z urodzenia nie katolikiem – jak się powszechnie mniema – tylko innowiercą. Był kalwinem. Był synem rodziców dysydenckich, nie katolickich. Jego młodość otaczała atmosfera innowierczych zrewolucjonizowań, walk, zwycięstw i triumfów. Przesiąkł „prawdą” tego środowiska, jego obyczajami, jego zawziętą i bezkompromisową postawą wobec katolicyzmu. Przesiąkł pojęciami płodnego „nowinkarstwa” i katolickiego „wstecznictwa”. Pojęciami heretyckiej „wolności” i dogmatycznego skrępowania.

Aż do wyjazdu za granicę.

Tu następuje nagły zwrot. Zwrot tak istotny i bezwzględny, że rozdzielił życie Zamoyskiego na odcinek antykatolicki i prokatolicki. „Wyjechałem szukać łaciny – zwykł był mawiać później o tym okresie – a znalazłem Kościół Katolicki”.

„Znalazłem Kościół Katolicki”.

Mówią, że tylko konwertyta zdoła zrozumieć konwertytę.

Może dlatego te chwile z życia Zamoyskiego należy faktycznie pozostawić tak, jak się zostawia świętość osobistą – nietkniętą i nie przenicowaną analizowaniem.

A jednak –

„Znalazłem Kościół Katolicki” – jak dziwnie brzmią te słowa w ustach kalwina. Jaką treścią pełną wymową przenikają do naszej myśli. Do myśli Polaka, którego zastanawia fakt, że to nie kanclerz jeszcze i wielki hetman koronny, ale młody, życia pełen innowierca udaje się w szał zagranicy i znajduje największy skarb, który śpieszy nieść swej ojczyźnie.

„Znalazłem Kościół Katolicki”. Wyrazistych dowodów nie potrzeba szukającym. Polak, który obok Polski odkrył nową wartość, nową rzeczywistość, nowy świat. Polak, który poza czasem i przestrzenią określającymi Polskę na globie ziemskim dostrzegł inny świat i inną przestrzeń, nieokreśloną granicami Polski, a do zdobycia dla niej. Polak, który sięgnął, który odważył się sięgnąć myślą i wolą aż w niewidzialność zaświatów, aż w nieuchwytność wpływów decydujących ostatecznie o wszystkim, co się tyczy własnego kraju i narodu. Polak, który oczywistością poznawanej prawdy przymuszony przechylił się ciężarem gatunkowym bezkompromisu w stronę wojującego katolicyzmu.

„Znalazłem Kościół Katolicki”.

Każdy z nas przeważnie urodził się katolikiem. Może dlatego katolicyzm tak nam ciąży? Gdyby policzyć tych z pośród nas, którzy „znaleźli katolicyzm”, i ziaren jednego różańca byłoby za wiele.

A jednak każdy z nas przeszedł szereg momentów przypominających swymi przeżyciami, choćby jedynie z daleka, „znalezienie katolicyzmu”. Chwila wspólnie przeżytej, a w oddzieleniu od swoich, Wigilii; spotykany na polach samotny Chrystus Frasobliwy; docierające z oddali echa staropolskich „Gorzkich Żali”, słuchane duszą Przybyszewskiego, wieczorną rezurekcją w Kościele Akademickim w czasie konspiracji. Z takich momentów należy uczynić odskocznię, z takich nawiązać łańcuch dążący poza światy, z takich uścielić drogę do pełnego odnalezienia katolicyzmu.

Nie może być błędem, co tak głęboko porusza duszę. Co porusza tak bezinteresownie. Nie może być pomyłką życiową, co konwertować każe ku rzeczom wielkim a trudnym.

Jak ja się patrzę, jako Polak na zagadnienie katolicyzmu?

Czym jest dla mnie jako Polaka jego teoria i praktyka? Czy tkwię jedynie w szeregu wielkich katolików – kwietystów Polski? Czy całą moja wiara jest niemal wyłącznie nieopartym o rozum fideizmem wierzeń i wzruszeń? Jak wygląda dynamizm mego czynu katolickiego?

Jestem częścią zaświatów.

Zaświaty – tak jak wszystko, co zaistniało odbiciem w myśli ludzkiej – można pojmować albo indywidualistycznie albo totalistycznie albo w końcu uniwersalistycznie. Indywidualistycznie pojmowany zaświat przedstawia się jako twór w pełni całościowy. Jego właściwy reał przedstawia się jako jakiś nieforemny, olbrzymi zlep nietrzymających się razem i rozpadających progresywnie istot, jako osobliwie dziwny i dziki agregat jestestw usiłujących rozprząc resztki jedności ustanowionego przez nich świata i „wypojedyńcza się w nim coraz bardziej wewnątrz i zewnątrz, aż do ostatnich możliwych granic jestestw. Jestestw niezdolnych jednak unicestwić ni jego ni siebie, niezdolnych również do zcałkowania się w uszczęśliwiających wszystko wiązaniach wielkiej harmonijnej całości wszechjestestwa, a przymuszonych mimo to tkwić w jej  obrębie, dzieląc przeklęty los błędnych organów i komórek.

Jest to wlokący się ugorami zaziemskich niw „smętek” przydrożny, wieczny ból – tułacz niczym ze sobą niezwiązanych ludzi – postaci tłuczących się po nocach zagrobu na kształt cieni hadesowych. Jest to świat błąkających się zjaw i straszących duchów, o których cierpieniach i przekleństwach wiele wie pospolity gmin, wiele też współczesny badacz zjawisk metapsychicznych. Indywidualistycznie zarysowujący się zaświat przedstawia się jako świat faustowskich Mefistów, świat samotnych strąconych bogów przeklinających swoje w nieskończoność rosnące osamotnienie. Tym właśnie straszne, iż własnowolnie spowodowane.

Totalistycznie wyimaginowany przez ludzkość zaświat zarysowuje się – w przeciwstawieniu do a – całościowego zaświata indywidualizmu – jako pochłaniająca wszelką jednostkowość odwieczna całość. Cała jego rzeczywistość to hinduska „Maya”, mgła i mrok, greckie „apeiron”, „nierozpoznawalnotajemnicze”, którego istotną funkcją to unicestwienie nirwanowe jednostki. To roztopienie się wszelkiego osobowościowego czynnika na rzecz nieokreśloności, na rzecz bezwyrazistej, transcendentalno – jednobarwnej i bezpostaciowej wieczności. Szczęścionośnym finałem totalistycznych zaświatów mającym uwolnić z bólu ziemi, to właśnie zanik jednostkowych istnień w morzu nieskończoności na rzecz bezkształtowego absolutu wieczności. To pożerający wszelkie „ja” panteistyczny bóg – marzenie i tęsknota buddyjskich świątników.

Uniwersalistycznie czekający zaświat   – to wypełniona dosytem osiągniętego kresu całość odnajdujących się i scalających osobowościowych istot, całość łączących się wiązaniami szczęścia jednostek, całość rosnących i pnących się w bezmiary osobowościowego Absolutu jednostkowych postaci. Uniwersalistyczny zaświat to rozmiłowane w wszystkości „bogi”. To udzielne Księstwa i Trony i Potęgi władające hierarchiczno – harmonijne rzeczywistością zaświata. To Cheruby dzierżące miecz przeciw zakusom odcałościowo działających Mefistów. To Serafy chylące kruże niedostęnej zmysłom miłości. Uniwersalistyczny zaświat to wypełniona harmonia wszystkiego, co umysłem, wszystkiego, co wolą, wszystkiego, co osobą, w tysiącznym różnicowaniu, w tysiącznym szczęsnym całościowaniu, we wszystko ogarniającej, a nic nie niweczącej sobą transcendentalnie (tzn. ponad pełnię wszelkiej skończoności i rodzajowości) częściowość wszystkich części, całościowość wszystkich całości i centryczność wszystkich centr.

Naga rzeczywistość zaświatów! Kto się wychyla w tajnię twej mocy? Kto się stara rozedrzeć twój mrok? Kto usiłuje zorientować się w twych szczęściach i twoich klątwach?

Spróbuję sobie zdać sprawę z tego, że aktualnie obrany szlak mej drogi życiowej wiedzie ku jednej tylko z możliwych rzeczywistości zaświata.

Czy ja się wprzęgam wolą w rzeczywistość obejmującego mnie bezustannie zaświata uniwersalistycznego? Czy wtłaczam się z uporem w osamotnienie indywidualistycznych Hadesów? Czy bałamucę samego siebie zakłamaniem totalistycznej Nirwany?

A jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie.

[ Mt 24, 37 – 44 ]

Reklamy

One response to “Na dzień 23 grudnia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s