Na dzień 26 grudnia

Opłatek idzie w krąg –

a z nim kielich miłości.

Starodawnym obyczajem wigilijnym przy łamaniu się opłatkiem godzimy wszystkie waśnie całoroczne. Przebaczamy sobie wzajem wszystkie nasze przewiny. Łamiemy w sobie to, co najtrudniejsze do złamania, złość naszej złości i tłumimy nienawiść naszej nienawiści. Odpuszczamy wrogom – sąsiadom „jako i nam odpuszczono” i każdy przychodzień, kimbykolwiek nie był, staje się gościem na równi z domownikami –

O cudzie wigilijnego opłatka. O przesłodka mocy polskiego obyczaju. O łamanie się miłością – nawet z wrogiem.

Co znaczy przy twoich ogniach pędząca przez dzieje kra społecznej sprawiedliwości. Jakiż przy twoich ciepłych mógłby się ostać wymiar jej nieprzecieplony – choćby był zapadł w śniegach bezwzględnego bezczucia?

Opłatek idzie w krąg –

„Czegożby życzyć wam – zaczyna jeden ze swych wierszy Kasprowicz –

W tę świętą noc,

Gdy betlejemskiej gwiazdy jasna moc

Kieruje drogę swą od niebios bram

Ku waszym zbożnym chatom?

Kiedy w ten jaskrawy śnieg,

W ten mroźny szron

Spłynie do waszych utęsknionych łon

Słodka opowieść, że w żłobie legł,

Co odkupienie światom

Pragnął zgotować przez męczeńską krew.

Kiedy aniołów chór

Do waszych wrót

Zapuka cicho mówiąc: „Stał się cud.

Człowiek jest jako piękny Róży wzór…”

„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał”. (1 Kor 13, 1 – 3).

Opłatek idzie w krąg –

a z nim kielich miłości.

Jaką potęgą bije ku nam jej wiew z wigilii „Chłopów” Reymonta, gdzie „cicho się w izbie stało, ciepło, serdecznie, nabożnie i tak uroczyście, jakby między niemi leżało to święte Dzieciątko Jezus”. Jaką jednością i klasycyzmem przeziera z wigilijnych obrazów wziętych z życia naszej szlachty, gdzie chwila wigilii, to chwila „narodowego święta, o którym żaden Polak nie zapomina” i gdzie Polak, wieczny pielgrzym, mówi ustami Pułaskiego: „gdy w Polsce rozłamiesz go kiedyś z braćmi, przypomnij mnie i Trenton”. Jakim tchnieniem przemożnej i niezwyciężonej łaski, która kruszy najzatwardzialsze serca, wieje ku nam z pamiętnej, opisanej przez Zofię Kossak  wigilii na Pawiaku 1942 roku, gdzie „Łopot anielskich skrzydeł… przeniknął grubą powłokę Obercharführera Bürckla i poraził kata echem jakichś prawd dawno zapomnianych” w chwili gdy „ludzie skazani na śmierc, ludzie skatowani, których gnijące rany powstałe z pobicia, cuchnęły nie do zniesienia, czyniąc człowieka ohydnym sobie samemu, ludzie, którym się zdawało, iż są duszami potępionymi – witali opłatek… niby stwierdzenie, że Bóg o nich całkiem nie zapomniał.”

Jak blednie w atmosferze tych wigilii cała czczość i bezpłodność hasła „walki klas” szerzonego przez szkołę marksizmu. Jak razi, jak nieprawdopodobnie śmieszy w obrębie władnącej w nich powszechnie Miłości, która tak bezprzykładnie harmonizuje wielkich z małymi i małych z wielkimi, wielkie larum międzynarodowego „braterstwa”. Jak milknie wobec przesłodkiej dyktatury miłości królującej w tę „świętą noc” dzikość i śmiercionośność „dyktatury” zarówno tyrana jak i proletariatu.

Opłatek – symbol miłości – idzie w krąg.

Trójkierunkowość prawdy i fałszu wdziera się we wszystkie dziedziny naszego życia, wdziera się nawet w dziedzinę naszych uczuć, naszych pragnień i naszych tęsknot.

Pragnienie może być w pełni indywidualistyczne, pragnienie i tęsknota mogą też być krańcowo totalistyczne. Więcej. Pragnienie i krzyk duszy mogą być również (tak jak powinny być) uniwersalistyczne. Zarówno jednostka może błądzić lub prawidłowo sobą powodować na płaszczyznach tej trójkierunkowości, jak i społeczeństwo, jak i naród. Wszystko co obdarzone wolną wolą może się nasycić i upoić każdym z tych trzech kierunków aż po brzeg.

Spełnienie pragnień indywidualistycznych – to M. Stirner. „Ja” i tylko „ja” – a inni o tyle tylko, o ile dla mnie. Każdy sobie – i byle jak najwięcej – ale „dla siebie” tylko – ruchem odśrodkowym – w bezmiar osobistych szałów.

Spełnienie pragnień totalistycznych – to Huxleya „nowy wspaniały świat”. Każdy wchłaniany – i tylko wchłaniany przez całość społeczną. Nikt nie ma dla siebie nic. Nikomu w niczem nie wolno być sobą. Każdy jest tylko z całości, wyłącznie dla całości, każdy jest zerem całości, które krągłością swej pełni jest po to tylko, by całość powiększyć o swoje nic.

Najśmieszniejsze w tem wszystkiem jest to, iż błąd uważa, że tylko kresy jemu właściwych tęsknot są wielkie i że tylko krzyk jemu hołdujących dusz może buchać szalejący. Indywidualizmowi się zdaje, że tylko tęsknot indywidualistycznych ramiona są bezkresne i idą ku wiosnom niezaznanym nikąd indziej, że one jedne są bezdalą, bezmiarem i bezdnem coraz to większych nienasyceń, coraz to bardziej rozwielmożniających się i coraz to gwałtowniejszych poruszeń.

Totalizm wmawia światu, że tylko on jest ogromem, tylko on monolitem, tylko on żywiołem tłoczącym w sobie wszystkie wulkany rozgorzałych tęsknot, wszystkie krzyki zazębiających się wzajem nieukojonych niczym pragnień.

„Po owocach ich poznacie ich”.

Kto zbierać będzie figi na ostach? – albo dosyt dojrzałych owoców na cierniach?

„Człowiecze bacz –

mówi jeden z wielkich szyderców świata –

co mówi głucha północ w krąg:

Świat głębią jest.

I głębsza niźli głębia dni.

A dnem jej ból.

Lecz pod nim głębszy szczęścia głód się tai.

Ból mówi giń.

Lecz szczęścia pieśń wieczności chce,

Chce głębi wieków – wieków głąb”. ( Nietzsche )

Krzyku duszy, szalejących namiętnie wołań naszych wnętrz, bezdna naszych niewypowiedzianych a coraz głębiej nas nurtujących tęsknot, nie wypełni żaden ochłap tuczonego w ten czy inny sposób ciała, by i najcudniejszego i najwonniejszego, nie zamknie ust żaden odpad skończonych szczęść, kończących się dosytów, końcem znaczonych trwań, żaden odprysk i odbieg tego co zwiemy życiem i użyciem.

Jednego tylko echa w okręgu świata odgłos zdolen zaspokoić duszy krzyk – jednego tylko pokarmu i dobra zawartość zdolna nasycić jej głody – jeden tylko szczęścia bezkompromisowego szał możny jest wypełnić jej brzegi i szukania jej ramion, możny rozśpiewać pustki, które drąży w duszy gorycz całożyciowego doświadczenia:

centrum centr wszelakich, dobro dóbr mieszczące w sobie wszystkość szczęścia, odpowiedź wszechodpowiedzi płynąca z bezkresu osobowościowej wieczności.

A tym jest Bóg uniwersalizmu.

Bóg totalizmu, bóg totalistycznego panteizmu, jest jak Buddha, jak Moloch. Pożera własne swe dzieci. Bóg indywidualizmu pisze się przez małe „b”. Jest jak Lucyfer, jak Faust – spersonifikowaną pustką skończoności realizującą się w osobistym „ja” poszczególnych jednostek.

Jeden tylko Bóg uniwersalizmu jest Bogiem „w duchu i w prawdzie”. Jeden tylko Bóg uniwersalizmu jest szałem i szczęściem i ciszą i upojeniem. Jeden tylko Bóg uniwersalizmu jest jak mocarz i jak olbrzym i jak pierś i jak wiosna i jak łono tego wszystkiego, co rajem się jawi w naszych snach.

Tu jest kres jedyny i rzeczowy naszych tęsknot. Tu biegun i przystań wszystkich krzyków ludzkości, którymi z morza dziejów, z rozpętania fal, woła w przestworza, ku gwiazdom lub ku piekłom; tu czekające, tulące łono wszechmatki, wszechojca –

Tu – w objawionym nam dziś Bogu uniwersalizmu. Tu – w Jego wypowiedzianym w czasie Słowie wszechmocnym.

Tu – w Chlebie nam danym na nasze głody metafizyczne i w Krwi upajającej upojeniem przekraczającym wszystko co jest wyłącznie zmysłem i ciałem i całkowicie nie uwznioślone duchem.

„Cóż masz niebo nad Ziemiany

Bóg porzucił szczęście swoje

Wszedł między lud ukochany

Dzieląc z nim trudy i znoje” –

Czyż takim mógłby być bóg indywidualizmu czy totalizmu?

A Bóg uniwersalizmu jest jeden – jak jednym jest centrum całości.

„W starych księgach – opowiada nam ciekawie historyk żydowski Józef Flawiusz  w swej „Wojnie żydowskiej” – w księgach, które zowią świętymi wyraźnie było powiedziane, że w tym czasie będzie mąż, który, wyszedłszy z Judei, obejmie panowanie nad całym światem.

„Wszyscy byli przekonani – głosi Tacyt w księgach historycznych – że, opierając się na dawnych przepowiedniach, właśnie Wschód wywyższy się ponad inne narody i że niebawem z Judei wyjdą ci, którzy zawładną światem”.

„Na całym Wschodzie – pisze Swetoniusz – panowało dawne i ustalone przekonanie, że przeznaczone jest i że około tego czasu wyjdą z Judei ci, którzy zawładną światem”.

„A Cycero w swym dziele o „Rzeczypospolitej” maluje wiek ładu i szczęścia darowany ludzkości po przyjęciu tegoż władcy i jego zespołu władającego słowami:

W owym czasie nie będzie już innego prawa w Rzymie ani innego prawa w Atenach; dziś tego, jutro owego prawa, ale dla wszystkich narodów i po wszystkie czasy będzie jedno, jedyne, ciągłe i wiekuiste prawo i jeden Pan i jeden Władca, Bóg!”

„Nowe pokolenie zstępuje z nieba wysokiego,

Zmazane ma być starodawne przestępstwo,

Ziemia uwolniona od obawy i troski” –

tak poezja starożytności ustami Wergilego głosi wypełnienie uniwersalistycznych tęsknot przez jego Boga.

Ku jakim brzegom biegnie krzyk serca mego? Jaką modlitwą modli tęsknota moje swe głody?

„Pieśń moja Bóg – woła nuta duszy. Ale jaki? – oto pytanie:

Bóg indywidualizmu? Czy totalizmu? Czy naprawdę uniwersalizmu?

Wzbudzę w sobie wspomnień głos przeżytej pasterki – wyśpiewam tęsknotę duszy:

„Ach witaj, Zbawco, z dawna żądany…

Witaj, Jezu, ukochany…”

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga – Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz [posłanym], aby zaświadczyć o światłości. Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było [Słowo], a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę,  chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: «Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie». Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali – łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa.

[ J 1, 1- 17 ]

Reklamy

One response to “Na dzień 26 grudnia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s