Na dzień 27 grudnia

Jeszcze nie wstydzimy się kolęd – choć już wstydzimy się nazwy: jestem katolikiem! Jeszcze sławimy się tym swoim skarbcem, jednym z największych naszych skarbów narodowych, kolędą, jeszcze co roku na falach anten, na cały świat, występujemy odziani jej dostojeństwem, piękni jej wdziękiem i tacy wszechludzcy jej człowieczeństwem śpiewnym – ale katolicyzmem, który jest sercem jej nuty, oficjalnie się już nie afiszujemy. Twardą mową Chrobrego już go nie podtrzymujemy w naszym życiu narodowym.

Jakaś dziwna i lękiem przejmująca dwoistość zarysowuje się w duszy współczesnego Polaka. Dwoistość, którą okres kolędowania nad wyraz uwypukla i wykazuje. Kolęda to przecież śpiew Polski i Katolicyzmu zarazem. W nich śpiewa to, co polskie i to, co katolickie, splecione i sprzężone w jednej pieśni słowach, tak jak wygłos złączonych płuc, jak płód i twór jednego Rodzica Dziejowego i jednej Rodzicielki zarazem. A życie i rzeczywistość chcą zadać kłam tej wzniosłości.

„Chyba nigdzie na świecie – pisze S. Dobrzycki w swej pracy pt. „O kolędach” – pieśń na Boże Narodzenie, pieśń religijna ale i świecka zarazem, nie jest tak rozpowszechniona w całym społeczeństwie, nie stała się tak ogólnie przyjętą u ukochaną jak w Polsce. Śpiewamy i odczuwamy kolędy wszyscy; śpiewamy je w kościele i w domu; śpiewać je możemy w każdym nastroju ducha, bo do każdego dobrać można odpowiedni tekst i melodię. Śpiewa je miasto i wieś… Śpiewa kolędy cała Polska, wszystkie jej ziemie i szczepy; od Polesia po Śląsk, od Kaszub po Podhale: wszędzie brzmi kolęda i wszędzie ta sama… Zapadłszy w duszę Polaka w latach dziecinnych kolęda towarzyszy mu wiernie w dalszej drodze życie… Na obczyźnie dawała mu wrażenie ojczyzny, przenosząc duszę utęsknioną do oddalonego kraju rodzinnego. Szła z wygnańcami na Sybir i tam osadzała im ich straszną dolę. W czasie Wielkiej Wojny żołnierze polscy… pisząc w okresie świątecznym listy do rodziny ubierali je niejednokrotnie w formę wierszowaną, w formę kolęd”

Oto dusza polska w kolędzie. Trudno o równie silny wyraz zbiorowej psychiki w ramach naszego globu ziemskiego, któryby łączył ziemskość i pozaziemskość, religijność i świeckość w jednym wyrazie społecznym.

A mimo to kolędzie przeczy życie.

Gdyby chcieć zastąpić w powyższym ustępie wyraz „kolęda” wyrazem „katolicyzm” lub jego odpowiednikiem, gdyby chcieć zastąpić wartość i ważność śpiewania wartością i ważnością konsekwentntej codziennej wiary, od razu by się jął zarysowywać ów zgrzyt, owa niewytłumaczona dla obserwatorów zagranicznych dwoistość Polski katolickiej.

I to wcale nie jest „tajemnicą psychiki narodowej”.

Nie.

Przeżywamy wszyscy miażdżący obuch kolęd Brodzińskiego, przeżywamy całą dumę mieszczącej się w nich wielkości kiedy śpiewamy:

„Bóg się rodzi! Moc truchleje!

Ogień krzepnie – blask ciemnieje!”

A jednak ojczyzny niebieskiej lękamy się zwać obywatelami.

Chłonną duszą wyczuwamy i wypijamy cały słód tych najrzewniejszych bodaj na świecie kolęd, którymi pytamy i które nas pytają:

„Któż o tej dobie

Płacze we żłobie?

A gdzie? A gdzie?…”

I odpowiadamy, jak żadna pieśń świata nie odpowiedziała nigdy:

„Oj maluśki, maluśki…”

„Gdyby nie te lice i śliczne źrenice

Jużby cię był zwierz pochłonął i łakome lwice” –

a jednak wstydzimy się nazywać siebie katolikami.

Wraz z ludem Podhala – pasterzami Polski – wiarą któraby zdolna była zaiste góry przenosić – zapraszamy „tego maleńkiego” i przedkładamy mu w słowach i tłumaczymy wierząc we własne wywody:

„Albo się więc mój Panie – wróć do swej dziedziny,

Albo pozwól się zanieść – do mej chałupiny…”

„Tam Ci będę nucił – łzy pieśniami krócił,

Gdybym Cię miał, nużby mi się dom w Niebo obrócił”;

Ale zakolędować „uczynkiem i prawdą”, jak przykazują Pisma, to nam nie przychodzi zgołą na myśl.

„Oto lirnik stary –

wyśpiewujemy  wraz z Noskowskim swoją duszę w najśpiewniejszej kolędzie ostatnich czasów –

Śpiewną lirę stroi;

Niechże zagra na niej,

Pastuszkowie moi!”

Ale serce wziąć na ostrze miecza i pokazać światu w bezkompromisowym wyznawaniu wiary – to tylko w chwilach zrywu nam się udaje, to nie na nasz codzień.

Któż to wszystko wyrozumie? Kto uładzi w narodowej duszy? Czy jest naród drugi na świecie, któryby tak uwydatnił sprzeczność w sobie? Tak spotęgował rozbieżność ideału i rzeczywistości?

W szczęsnym rozpląsaniu duchowym bijemy uradowani w dłonie „gdy się Chrystus rodzi” i gdy „aniołowie się radują” dźwiękami swego świąteczno – nieśmiertelnego „gloria, gloria”, i nawet jest tak, że co roku, bez pozy, bez właściwej niewiary stajemy rozrzewnień wewnętrznych pełni tam, gdzie: „Mizerna cicha, stajenka licha, pełna niebieskiej chwały” i gdzie: „… leżący przed nami śpiący w promieniach Jezus mały”; patrzymy wiary pełnymi oczyma jak: „Nad nim anieli / w locie stanęli i pochyleni klęczą…” i nucimy mu rzewność naszych kantyczek i pastorałek pośpiewami i kołysankami, które tylko miłość najtkliwsza z siebie snuć może, skandując: „Dam ja Jezusowi słodkich jagódek / pójdę z nim w Matuli serca ogródek…” – nucimy wciąż na nowo onym „wdzięcznym weselem”, którym „śliczna Panienka tak jemu śiewała”, gdy kołysem najpierwszym obejmowała tajemnicę Boga – Człowieka, podejmując miłośnie: „Cicho wietrzyku, cicho południowy / Cicho powiewaj – niech śpi Panicz młody” – co roku „wśród nocnej ciszy” wołamy duszą przepełnioną uczuciami religijnej wiary: „Hej! Pasterze mili! / Dzisiaj o tej chwili / Chrystus się narodził”; „Krokiem śmiałym i wesołym / Śpieszmy i uderzmy czołem przed Panem w Betlejem” – co roku – z pokolenia na pokolenie – nie przestajemy podawać sobie z rąk do rąk – jak gdyby z serca do serca – tej kolędy, któryby nazwać można szczytem prostoty uczuciowej w nasej wierze: „W ŻŁOBIE LEŻY…”

I tak co rok, co rok. Z niemilknącą wiarą, z niesłabnącym odczuwaniem. Z ogniem w oczach i łzami, które się zajęły i zapłonęły od ogni i łez dostrzeżonych w oku własnego dziecka zachwyconego i rozrzewniającego się że oto: „Jezus Malusieńki / Leży wśród stajenki…” że „Nie ma kolebeczki / Ani poduszeczki…” i że mu: „W nóżki zimno / Żłobek twardy / Stajenka się chyli”.

Ale wypowiedzieć słowo: „Jestem Katolikiem” – przy całym ogromie tej stłoczonej we wnętrzu polskiej duszy wiary – tak jakoś trudno, tak przedziwnie opornie.

Dlaczego?

Przecież nie dlatego, że brak gorąca naszym najgłębszym uczuciom. Ani też dlatego, by zaistniała była kiedykolwiek obawa, że Polska w chwilach prawdziwego niebezpieczeństwa dla wiary nie opowiedziałaby się za wiarą swych ojców i wiarą swych dziejów.

Więc dlaczego?

Czy może dlatego, iż wierze naszej brak kręgosłupa systematycznej myśli? Czy może dlatego, iż uczuciom naszym brak rozumnego podkładu? Naszym przekonaniom i chrześcijańskim zasadom oparcia o przemyślany dogłębnie dogmat? Czy może dlatego, że w naszym wnętrzu tak jak w państwach Europy pośrednio wiecznej, utworzyły się dwa światy idący każdy sobie, samopas – świat wiary laicyzujący się coraz bardziej i świat nauki ubóstwiający się coraz bezwzględniej?

Cauchy, wielki matematyk francuski, tak mówi o sobie i o wierze swojej:

„Jestem chrześcijaninem, tj. wierzę w boskość Jezusa Chrystusa, tak jak wierzy w nią: Tycho, Brahe, Kopernik, Kartezjusz, Newton, Fermat, Leibnitz, Pascal, Grimaldi, Euler, Guldin, Boscovich, Gerdil; wierzę, tak jak wierzyli wszyscy wielcy astronomowie, wszyscy wielcy fizycy, wszyscy wielcy matematycy wieków ubiegłych. Jestem też katolikiem jak większość wymienionych, a gdyby zapytano mnie o przyczynę tego, to ujawniłbym ją chętnie. Przekonano by się wówczas, że wierzenia moje wypływają nie z przesądów odziedziczonych, lecz z badań głęboko sięgających. Jestem katolikiem szczerym jak Corneille, Racine, La Bruyere, Bosssuet, Bourdaloue, Fenelon, jak była i jest za naszych także czasów znaczna liczba mężów najwybitniejszych spośród tych, którzy najwięcej honoru przynieśli wiedzy ścisłej, filozofii i literaturze, którzy stanowią ozdobę największą akademii naszych. Podzielam to samo przekonanie głębokie, jakie ujawnili słowem, czynem i pismem uczeni pierwszorzędni: Ruffini, Haü, Laёnnec, Ampere, Pelletier, Freycinet, Coriolis. A jeżeli żyjących nie wymieniam dla uszanowania ich skromności, to mogę co najmniej powiedzieć, że znalazłem całą szlachetność, całą wspaniałomyślność wiary chrześcijańskiej wśród światłych przyjaciół moich: twórcy krystalografii (Haüy), wynalazcy chininy i stetoskopu (Pelletier i Laёnnec), w słynnym żeglarzu na pokładzie „Uranii” i nieśmiertelnym twórcy elektryczności dynamicznej (Freycinet i Ampere)”.

Hej, kolędo, kolędo!

Kiedy cię będę śpiewał rozumem Kopernika, umysłem Leibnitza, uczuciem Chopina, wiarą Pasteura i czynem Ampera?

Kiedy za Staffem zawołam:

„Pokaż – no Panie Jezu, żeś Pan nad Panami!

Żeś darmo się nie rodził, żeś tu nie przybłęda!

Czy chcemy, czy nie chcemy, zrób porządek z nami! –

Kolęda! Kolęda!”

Kiedy za Rostworowskim:

„Dziś oto wracam Jezu Chryste,

W matczyne, dawne strony,

By kolędować: masz zaiste,

Granice Nieskończony!”

Kiedy mój śpiew stanie się wiarą, a wiara śpiewu duszą – na każdy czas?

Advertisements

One response to “Na dzień 27 grudnia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s