Na dzień 30 grudnia

Na życie wielkich ludzi patrzymy się na ogół jak na bieg wielkiej rzeki. Podziwiamy to, co jej fala niesie, co nawadnia, zaciekawia nas jedynie jak szumi, jakie wiatry przynagla i jakim chmurom jest matką. O cichych, z ukrytych głębin się dobywających źródłach objawiającej się w potęgach rzeki mocy, o właściwych tajniach jej wielkości i jej twórczego pochodu ku morzom dziejów, zapominamy. I to jest istotnym błędem, który tkwi u podstaw naszego naśladownictwa wielkich ludzi.

Kto chce wielkości rzek – musi chcieć i tajni źródeł. I to na pierwszym miejscu. Musi uznawać, strzec i kultywować ustroń i głąb wiecznie tryskającego cichego nurtu źródlanego. Nurtu rzadko kiedy zauważanego, który mimo to stanowi jedyną siłę zdolną niezmordowanym tętnem podziemnym tworzyć dorzecza i tłoczyć – z bezdna swoich głębin – kropla po kropli, życiodajne biegi dla innych.

Znakomitą ilustrację tej prawdy przedstawia scena z życia Matejki zaobserwowana przez jednego z jego przyjaciół.

Zajechali do Paryża. Matejko miał wystawiać jedno ze swych wielkich płócien. Jego towarzysz nie mógł się doczekać chwili triumfu przyjaciela. Zbudził się wczesnym rankiem. Ale nie śmiał zbudzić ze snu znużonego bądź co bądź ostatecznymi przygotowaniami Matejki.

Poczekał, aż się ocknie sam. Gdy tylko spostrzegł pierwszy objaw budzącego się mistrza rzucił mu od razu radosne: jak się masz, jak spałeś, co ci się śniło?

Matejko przez pewien czas nic nie odpowiadał. Leżał nieruchomo jakby coś ze sobą samym rozważał. Zaskoczyło to towarzysza drogi. Zdumionym wyrazem twarzy począł wpatrywać się w milczącego przyjaciela. Co się stało – zagadywał samego siebie?

W tym spostrzega jak Matejko skupiony dźwiga się z łoża, jak wstaje i o dziwo nad dziwy jak przyklęka, poczyna się żegnać i odmawia poranny pacierz.

W pokoju zaległa cisza. Myśli tylko tłukły się w dwóch mózgach. Przerwał milczenie Matejko. Przebacz – rzekł wstając od modlitwy – alem tak przyrzekł swej matce, iż najpierwszą moją rozmową na każdy dzień będzie zawsze rozmowa tylko z Bogiem.

Czy patrząc się na wielkie płótna Matejki jest możliwym, czy podobna chociażby odgadnąć tak głęboko w duszy się kryjące i najgłębsze fałdy jej natchnień nurtujące źródło pozaziemskich zapłodnień? Czy w dziełach wysławiających mistrzostwo Matejki i uczących jego sztuki można napotkać skąpe bodaj odnośniki, które by wskazywały, które by pozwalały chociaż na domysł takich źródeł natchnienia?

„W rezultacie – pisze Carrel – zmysł świętości w odniesieniu do innych działalności umysłu, nabiera specjalnego znaczenia. Ponieważ łączy nas z tajemniczym wymiarem świata duchowego. Przez modlitwę człowiek się zbliża ku Bogu, a Bóg wstępuje do niego. Modlitwa okazuje się nieodzowną dla naszego całkowitego rozwoju. Nie powinniśmy pojmować modlitwy jako akt, któremu oddają się ludzie słabego umysłu, kłamcy, leniwcy – „Jest rzeczą poniżającą modlić się…” – pisał Nietsche. W rzeczywistości modlić się nie jest wcale poniżającym, jak pić, albo oddychać. Bóg dla człowieka jest równie konieczny jak woda i tlen. Zmysł świętości, w połączeniu z intuicją, ze zmysłem moralnym, ze zmysłem piękna i światłem rozumu daje osobowości jej pełny rozkwit. Jest rzeczą niewątpliwą, że pełnia życia domaga się istotnego rozwoju każdej z naszych działalności fizjologicznych, intelektualnych, uczuciowych i duchowych. Umysł jest zarazem rozumem i uczuciem. Powinniśmy słuchać Pascala, z takim samym zapałem, jak słuchamy Descartesa”. [ Carrel ]

Jestem cząstką zaświatów.

Przebiegłem krąg hierarchicznego uwspółrzędnienia wszystkich kategorii mego jestestwa. Poznałem siebie jako centrum, jako osobę i osobowość, przeanalizowałem w sobie zagadnienie całości, problem własnego kształtu i postaci, uświadomiłem sobie i przekonałem wszystką wygórowaność moich pojęć, iż mimo całą wielkość własnego kształtu i własnej osobowości jestem u podstaw swego jestestwa li tylko częścią, w literalnym tego słowa znaczeniu czymś w pełni ucząstkowanym i że tylko dzięki temu charakterowi – części coraz to wyższych „całości” – mogę istnieć i że tyle więcej istnieję, ile w coraz to wyższych całościach częścią się rodzę i urastam.

Przebiegłem krąg hierarchicznego uwspółrzędnienia wszystkich kategorii mego jestestwa i wszystkich jego całości. Poznałem siebie jako część własnej rodziny i własnego rodu, poznałem siebie jako część ojczystego narodu, poznałem iż mimo wszystek fałsz przeróżnych kosmopolity zmów, jestem cząstką i tylko cząstką rodzaju ludzkiego. Krąg hierarchicznie piętrzących się całości, których jestem częścią, opadał gatunkami w dół i wznosił się rodzajami coraz to wyżej. Poznałem siebie częścią otaczającej mnie natury, poznałem siebie częścią przyrody żyjącej, organicznej, poznałem siebie cząstką przyrody martwej, anorganicznej, opadałem uczęściowieniem swoim aż do granic niebytu – poznałem siebie częścią całego widzialnego świata i poznałem Iżem równocześnie, choć nierównocześnie cząstką świata niewidzialnego, poznałem że jestem częścią zaświatów i zaświatowych królestw.

Przebiegłem krąg hierarchicznego uwspółrzędnienia wszystkich kategorii mego jestestwa i dotarłem do ostatecznego pierścienia jego wielkości.

Jestem cząstką zaświatów.

Jedyną całością uniwersalistyczną zaświatów, którą dzieje ludzkości znają, jest to, co Kościół Katolicki zwie „świętych obcowanie” i „ciałem mistycznym Chrystusa”. Corpus Christi mysticum.

Ja tej całości jestem cząstką. Przez chrzest, prze tajemną siłę sakramentu, jestem wczłonowany w tę całość jako jej żywotny człon. We mnie – uśpione przeważnie – nurtują moce i siły wiązy i miłości pozaświatowej, moce i siły sięgające głęboko poza dotykalną zmysłem granicę zaświatów i zespalające mnie z nim jako organiczną część z właściwą sobie całością.

Jestem cząstką zaświatów – to dla mnie znaczy konkretnie, że jestem katolikiem. Jestem synem najwyższej na świecie religii. Należę do grona tego wielkiego ciała społeczno – zaświatowego, które wydało największych świętych ziemi, największych uczonych świata, największych działaczy społecznych, największych herosów miłości i ofiary.

Jestem katolikiem, to znaczy, iż oko moje cielesne nie jest trzymane na uwięzi li tylko przez dobra tej ziemi, lecz, że unie poprzez nie sięgać wyżej i dalej ku ojczyźnie dóbr wiekuistych i nieprzemijających, to znaczy, iż właściwy mój świat, mój wielki świat wewnętrzny, ogarnia myślowo całość wszystkich światów i w nich dopiero czuje się siebie, w nich przebywa jako w swej najwłaściwszej ojczyźnie, dla której ojczyzna doczesna jest przecudną czasami, czasami znowu zgrozy pełną, a zawsze niepowtarzalną i jedynie decydującą uwerturą wiecznościowo – twórczą.

Jestem katolikiem!

Co ja myślę o tym mianowniku? Ile jestem z niego dumny? Ile się go wstydzę? Ile go niose swej ojczyźnie? Ile ludzkości?

Wracając rano do miasta, uczuł głód. A widząc drzewo figowe przy drodze, podszedł ku niemu, lecz nic na nim nie znalazł oprócz liści. I rzekł do niego: «Niechże już nigdy nie rodzi się z ciebie owoc!» I drzewo figowe natychmiast uschło. A uczniowie, widząc to, pytali ze zdumieniem: «Jak mogło drzewo figowe tak od razu uschnąć?» Jezus im odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: jeśli będziecie mieć wiarę, a nie zwątpicie, to nie tylko z figowym drzewem to uczynicie, ale nawet jeśli powiecie tej górze: „Podnieś się i rzuć się w morze!”, stanie się.I otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie».

[ Mt 21 18 – 22 ]

Reklamy

One response to “Na dzień 30 grudnia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s