Na dzień 31 grudnia

„A imię jego 44”.

Polska psychika emocjonalna lubuje się w symbolach, emblematach, tajnych znakach, lubi wróżby, zaklęcia, magizmy, lub nawet, a może przede wszystkim, cuda, oczekiwania irracjonalnych czynników – i o tyle Boga.

A imię jego 44.

Pamiętam jak mi – w tym wypadku jeden z księży polskich – na początku tego pamiętnego roku 1944, tłumaczył Mickiewiczowskie „44”. To nie jest człowiek żaden mówił, ale rok. Rok przełomowy. W nim wystąpi nie jeden człowiek, ale cały szereg niezależnie od siebie pracujących ludzi. Mickiewiczowskie „44”, to przede wszystkim postać, symboliczno – realna postać, która niesie na czole opartą księgę. Z księgą wystąpi przełom zwiastująca jednostka. Nawet mi wskazywał dwie takie postacie pretendujące na imię „44” i rozpoczynające ich szereg.

Przenieśmy się na chwilę, w jego styczeń, w dni kulminującej coraz to bardziej ofensywy rosyjskiej z pod Stalingradu i gwałtownego odwrotu niemieckiego, w dni otwartej przeciwko Niemcom akcji AK na ziemiach wschodnich w związku ze zbliżaniem się wojsk bolszewickich, przejrzyjmy jeszcze raz wszystkie nadzieje żywione naonczas, snute i obliczane na zimny, jakeśmy dumnie mawiali kałkuł, policzmy wszystkie brawurowo na całym obszarze Rzeczypospolitej dokonane wielkie i małe sabotaże, zestawmy całoroczny wysiłek pracujących na niwie kulturowo – społecznej polskich mózgów, polskich uczonych, literatów, polityków, dziesiątki rękopisów najwyższej klasy, stanowiące dzieła najgłębszych przeżyć zarówno własnych jak i ogólno – narodowych, przypomnijmy sobie raz jeszcze – z całą szczerością względem siebie – naszą pewność, niezachwialność naszych twierdzeń, jeżeli chodzi o przełom, który miało spowodować w naszym życiu społecznym podstawowo – narodowym powstanie, nasze pewniki o wynikach powstania, co do których nie pozwalaliśmy na najmniejsze dyskusje –

Dziś dobiega kres tych dumnie żywionych prorokowań emocjonalnych. Przełom się dokonał. O tak. Tylko że tak straszny, iż jedyny w naszych dziejach. Zamyka się najboleśniejsza karta naszej historii. Stolica kraju – zrównana z ziemią, mieszkańcy stolicy – w karnych obozach pracy na łasce wroga, a kraj cały w żałobie, w nienawiści do tej właśnie stolicy.

A imię jego 44.

Gdybyśmy u początku tego roku zdolni byli na taki obiektywizm w rozstrzyganiu naszych spraw, na jaki nas dzisiaj stać – z jaką wytyczną i z jakim programem bylibyśmy weń weszli? Ile byśmy byli wierzyli w magizm, wróżby i różowe zapowiedzi choćby takiego „a imię Jego 44” – a ile byśmy je omijali? Ile byśmy liczyli na mit, na interwencje działającego za nas Boga – a ile na własną, przez Boga nam daną, pięść i rozum?

„Rok” dla indywidualisty to – tak jak wszystko w indywidualizmie – jakaś arbitralnie zestawiona, niczem, ze sobą wewnętrznie nie związana suma dni, suma godzin i sekund. Rok dla indywidualisty to suma mniej lub więcej wielkich przeżyć, względnie, ściślej rzecz biorąc suma użyć, suma faktów i zjawisk następujących po sobie bez wewnętrznego i istotnego ze sobą związku. Carpe diem – oto rok indywidualisty. Tyle żyjesz, ile użyjesz.

„Rok” dla totalisty – to wielkie fatum, które go bierze w szpony bezlitosnych skrzydeł i niesie kędy chce. To Mahometowy kismet dziejów, który jednostkę ludzką samą w sobie albo innych przez nią tłoczy i depcze lub wieńczy i koronuje. Każde minionych dwanaście miesięcy to wielki dziejów tłok, które mu każe walcem przejść przez innych, jeżeli sam jest silny, albo lec pod walcem, jeśli się zalicza do słabych. Lec bezwolnie i beznadziejnie.

Dla uniwersalisty rok każdy – to użyczony mu i darowany przez Najwyższego czas i czasokres działania i wystąpienia jako podmiot na ziemi. To dokonana w określonej czasoprzestrzeni aktualizacja własnego potencjału biologiczno – humanistycznego. Rok dla uniwersalisty nie jest zapadającą się bez śladu w głąb niedotykalnością czasu. To jest aktuał i reał o niezmienialnej już więcej wartości i cenie, a nie mamiąca jedynie, czy to wyrzutami, czy pochwałą fatamorgana przeszłości. Rok dla uniwersalisty nie jest również definitywnym zamknięciem własnego życia, ostatnim jego dniem przechylającym szalę wagi. Tym mniej nie jest wyciąganiem dłoni ku idącym dniom nowego roku jako ku niezapisanej jeszcze niczem księdze. Rok dla niego jest jak skorupa dla ślimaka, którą świadomie niesie, a która każdym zwojem wzbogaca, każdym wzrostem bardziej chroni i której każdy skręt urasta z całokształtu zawartej przeszłości. Jest jak łono rodzące, z którego w pewnym znaczeniu wyjścia nie ma – aż dopiero w chwili śmierci. Rok dla uniwersalisty to, raz jeden jednostce użyczona kanwa, z której podłoża, posługując się nićmi narzuconych walk, przetrzymanych upadków i dokonanych zwycięstw, ma wysnuć postać własnego życiowego kształtu. To owa przedziwna osnowa, na której jedynie się realizuje życie i w obrębie której dzieje jedynie się dokonywują – i dlatego liczy się z nim jak z życiem samym i miłuje go jako jego cząstkę.

Spróbuję pod tym kątem widzenia zanalizować miniony rok.

Spróbuję pod tym kątem widzenia zanalizować czas użyczony mi ku życiu ziemskiemu.

Jakich wartości wewnętrznych kanwą był tak zrozumiany miniony rok dla mnie? Jakich czynów zewnętrznych snuł się osnową i wątkiem?

A jakich nie?

Jakich mógłby był być – gdyby właśnie ja i moje niedopisania każdodzienne? Gdyby nie moja słabość. Gdyby nie robak, który mnie toczy, a którego miękkiszu nie chcę rozgnieść.

W wielkim „rachunku sumienia”, tym szczycie wszelkiej samokontroli woli, przebiegnę miesiąc po miesiącu świat swoich zamierzeń i ich braków, budowlę swoich czynów, wystawiony dotychczas zrąb oraz chylenia się struktur osobistego pionu.

Zagłębie się w świat rusztowań, na których się wspiera morale narastających piętr życiowego gmachu. Piętro minionego roku. Przypomnę sobie swoje „możliwości”. Ich wielką rozpiętość. Chwilę, której starczyło wyciągnąć rękę, by je zrealizować. Górność swoich postanowień. Głuchy krzyk zmagającej się woli, która z każdym Nowym Rokiem zaczyna Nowe Jutra i Nowego chce ze mnie wykrzesać człowieka.

Przypomnę sobie dobra, które mogły były zaistnieć, fakty, które mogły były uwydatnić wewnętrzne piękna tające się we mnie – a które już nigdy nie staną się wyrazem mojej wielkości osobistej.

Pozostałem nadal możliwością.

Mimo wszystkie słabości osuwające mnie za każdym potykiem na coraz to niższy stopień w hierarchii wartości osobistej, mimo całą bierność, tchórzące wahania i moralne kapitulacje, jestem i pozostałem możliwością.

Możliwością doskonałości.

Tak jak Piotr apostoł po hańbie zaparcia się. Jak wytykana palcem jawnogrzesznica z Magdali po zaprzepaszczonej hulaszczo wiośnie życia.

Jestem możliwością stania się swoim własnym kształtem doskonałym. Posiadam moc i istnieją siły, których mogę sięgać, by nadać sobie wyraz i oblicze ukończonej osobowości. Pełnię, zamkniętej sobie, zwartej i jednolitej bryły całościowej. Jednolitego masywu postaciowego, którym niby taranem mógłbym ciosać jedyność moich dróg życiowych. Mogę wczłonowywać się jako świadoma cząstka w trud i rozkosz coraz to wyższych kręgów istnienia. Aż do zaczepu najwyższego.

Jestem możliwością.

Zadaniem moim uskrzydlić bierność potencjału w sobie i nadać mu postać wyczutych urzeczywistnień. Wyłącznym sensem mego bytowania jest zaktualizować uśpione w sobie moce na najwyższy ton. Tam sięgać gdzie wzrok nie sięga. Poprzez nieudały trud Prometeusza i fiasko Ikara wstąpić na królewską drogę Chrystusowych uczni i siłaczy.

Jestem możliwością.

Jeśli nie będę budził własnych uśpionych mocy, jeśli nie będę aktualizował posiadanych i użyczanych potencjałów, jeśli nie będę dobywał – ze siebie sam – brakujących mi kształtów – mogę swój wyraz indywidualny definitywnie zaprzepaścić. Osobowość pogrąży bezpowrotnie.

Potencjał – by największej potęgi militarnej – w stanie spoczynku – rozkłada się i psuje.

Moc pożywna tkwiąca w pokarmie, mieszczącym by najwięcej pierwiastkowych sił – gdy nie użyta – poczyna proces psucia się.

Potęga barda – gdy urywa pieśń natchnioną – jest jak krew, gdy się zacina – skazana na gangrenę.

„Bo, cel światów szlachetnienie” [ Krasiński ]. A materia, która nie dobywa szlachetniejszych form, opada ku niższym. Dąży niechybnie ku coraz to większemu rozkładowi. Aż do ostatecznego rozpadu.

Jestem możliwością.

Miniony rok był jednym z etapów możliwych zaktualizowań tej istoty, którą mam się stać. Tej pieśni, którą mam śpiewać całożyciowym dokonaniem. Tego grobu, z którego mam zmartwychwstać.

Trzeba samemu sobie zdać sprawę z włodarzenia możliwościami swymi, nim przyjdzie zdawać sprawę przed Najwyższym Włodarzem. Pewniejsze wypadnie stąpanie w przedprożach wieczności.

Jestem możliwością.

Potencjał niezaktualizowany wieje ku mnie wymową pustki. Przeraźliwą pustką zaprzepaszczonych możliwości.

Com winien uczynić, by przekuć w kształt drzemiące we mnie możebności w spieszącym ku mnie z Nowymi możliwościami Rokiem?

Za oknami gna noc –

Sylwestrowa noc –

I melodią Suplikacyj wtóruje szyderczo pobrzękom wychylanych bezmyślnie kielichów:

„Kiedy nas karzesz, prosimy – abyś się zmiłował,

A gdy przestaniesz, pobudzamy Cię znowu – abyś nam nie folgował,

Gdy miecz Twój Nan nas podniesiony trzymasz – siłać obiecujemy,

A skoro go spuścisz – obietnic wykonać nie chcemy.

W pośród plag Twoich niedołężność nasza wielce truchleje

Wszakże w nieprawości żadna się odmiana nie dzieje.

Piekłem zaświatów jest niezaktualizowany potencjał.

 I ujrzałem: gdy Baranek otworzył pierwszą z siedmiu pieczęci, usłyszałem pierwsze z czterech Zwierząt mówiące jakby głosem gromu: «Przyjdź!» A gdy otworzył pieczęć trzecią,
usłyszałem trzecie Zwierzę, mówiące: «Przyjdź!» I ujrzałem: a oto czarny koń, a siedzący na nim miał w ręce wagę. I usłyszałem jakby głos w pośrodku czterech Zwierząt, mówiący:
«Kwarta pszenicy za denara i trzy kwarty jęczmienia za denara, a nie krzywdź oliwy iwina!» A gdy otworzył pieczęć czwartą, usłyszałem głos czwartego Zwierzęcia mówiącego: «Przyjdź!»  I ujrzałem: oto koń trupio blady, a imię siedzącego na nim Śmierć, i Otchłań mu towarzyszyła. I dano im władzę nad czwartą częścią ziemi, by zabijali mieczem i głodem, i morem, i przez dzikie zwierzęta. A gdy otworzył pieczęć piątą, ujrzałem pod ołtarzem dusze zabitych dla Słowa Bożego i dla świadectwa, jakie mieli. I głosem donośnym tak zawołały:  «Dokądże, Władco święty i prawdziwy, nie będziesz sądził i wymierzał za krew naszą kary tym, co mieszkają na ziemi?» I dano każdemu z nich białą szatę i powiedziano im, by jeszcze krótki czas odpoczęli, aż pełną liczbę osiągną także ich współsłudzy oraz bracia, którzy, jak i oni, mają być zabici. A jeden ze Starców odezwał się do mnie tymi słowami: «Ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli?» I powiedziałem do niego: «Panie, ty wiesz». I rzekł do mnie: «To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili. Dlatego są przed tronem Boga i w Jego świątyni cześć Mu oddają we dnie i w nocy. A Zasiadający na tronie rozciągnie namiot nad nimi. Nie będą już łaknąć ani nie będą już pragnąć, i nie porazi ich słońce ani żaden upał, bo paść ich będzie Baranek, który jest pośrodku tronu, i poprowadzi ich do źródeł wód życia: i każdą łzę otrze Bóg z ich oczu».

[ Ap 6 1, 9 – 11; 7 13 – 17 ]

Reklamy

One response to “Na dzień 31 grudnia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s